Gnostyk i chrześcijanin – część 1

13 07 2009

Copy (5) of Copy of Copy of Copy of Monio LogoPoniższy tekst nie stawia sobie za cel usystematyzowania wiedzy o chronologii historycznego gnostycyzmu ani też sklasyfikowania współczesnych trendów gnostycznych. Jego jedynym celem jest przybliżenie, w prostych słowach, tego czym jest chrześcijański gnostycyzm dzisiaj i skąd się on wziął. Nie brak tu również motywów osobistych, jako że poniższy tekst został zainspirowany prostym pytaniem, zadanym kiedyś autorowi przez sympatyczną Użytkowniczkę serwisu kosciol.pl : „na jakiej podstawie uważasz, że jesteś chrześcijaninem?”  Żywię nadzieję, że poniższe słowa również i tę kwestię wyjaśniają.Dedykuję ten tekst wszystkim będącym „na bakier” ze swymi denominacjami

 

 

 “Kto posiada wiedzę o prawdzie, jest wolny, lecz człowiek wolny nie grzeszy, gdyż ‘kto popełnia grzech, jest niewolnikiem grzechu’” (Jn 8;34) („Ewangelia Filipa”)

Historycznie rzecz biorąc, gnostycy chrześcijańscy działali zarówno w kościele „ortodoksyjnym”, czyli katolickim jak i poza nim. Gnostykami „heretyckimi” byli m.in. Bazylides, Kerinthos, Karpokrates, Justyn Gnostyk, Ptolemeusz czy Herakleon. Do gnostyków zaś katolickich zaliczali się m.in. Walentyn, Klemens z Aleksandrii (1) , Orygenes czy Evagrius z Pontu. Istniał cały szereg różnic między nimi, których wyliczenie i opisanie mogłoby stanowić materiał na osobny artykuł. Jednak wszyscy oni mieli ze sobą wspólny pogląd, że Boga można poznać poprzez osiągnięcie swego rodzaju „wiedzy”, „znajomości” lub „wglądu”, które to pojęcia zawarte są w greckim słowie gnosis. Ażeby starać się zrozumieć o co w gnostycyzmie chodzi, bez wchodzenia przy tym w długie i zawiłe definicje, spójrzmy na słynne zdanie z Mickiewicza:

 

Czucie i wiara silniej mówią do mnie niźli mędrca szkiełko i oko

Z owych wybitych tłustym drukiem elementów, gnostycyzm kładzie nacisk na czucie, nie na wiarę czy szkiełko i oko. Przy czym chodzi tu o czucie w sensie wyczuwania, pojmowania i rozumienia. Każdy gnostyk mógłby się zatem oburącz podpisać pod słowami znanej pieśni kościelnej “Kto Ciebie, Boże, raz pojąć może, ten nic nie pragnie ni szuka…”.

Gnostycyzm zawsze zdawał się znajdować pomiędzy religijnymi ortodoksjami a tym, co dzisiaj stanowiłoby przedmiot zainteresowania psychologii. Wkraczał on też zawsze w domeny obu tych swoich “sąsiadów”.

Gnostycy zarówno chrześcijańscy jak i pozachrześcijańscy mieli już od czasów antyku tendencję do klasyfikowania ludzi na cztery kategorie w zależności od ich świadomości duchowej. Najniższym stopniem świadomości był hylikos (od hyle = materia) oznaczający osobę o zupełnie nierozbudzonym życiu duchowym (tożsamość fizyczna)  dalej następował psychikos (psyche = dusza) identyfikujący się z własną osobowością, własną duszą (tożsamość psychologiczna). Pneumatikos (pneuma = tchnienie, duch) to osoba identyfikująca się z wyższą osobowością duchową (tożsamość duchowa). Gnostikos natomiast znamionować miał osobę porzucającą dotychczas wymienione rodzaje osobowości, a za to identyfikującą się mistycznie z Chrystusem (tożsamość mistyczna). Ślad takiego podziału widzimy na przykład w 1Kor 2;14-16, gdzie Paweł porównuje podejście psychikosa i pneumatikosa do spraw duchowych, podkreślając, że wyższe sprawy duchowe są zupełnie niezrozumiałe dla psychikosa (“psychikos de anthropos”), który nie jest w stanie ich pojąć. Natomiast pneumatikos nie tylko potrafi wszystko poznać i rozsądzić, ale sam pozostaje nie do osądzenia przez innych. Kończy zaś Paweł mocnym stwierdzeniem, że “posiadamy umysł Chrystusa” (2) , a trudno byłoby znaleźć gnostyka, któryby się z takim postawieniem sprawy nie zgodził.  

Częstokroć owe cztery stany świadomości symbolizowane były przez poszczególne żywioły, odpowiednio:  ziemię, wodę, powietrze i ogień. Odnajdujemy ślady tego również w Nowym Testamencie, gdzie przy omawianiu chrztu wymienia się wodę, powietrze (ducha, tchnienie) i ogień:

„Ja was chrzczę wodą dla nawrócenia; lecz Ten, który idzie za mną, mocniejszy jest ode mnie; ja nie jestem godzien nosić Mu sandałów. On was chrzcić będzie Tchnieniem (pneuma) Świętym i ogniem. Ma On wiejadło w ręku i oczyści swój omłot: pszenicę zbierze do spichlerza, a plewy spali w ogniu nieugaszonym.”

(Mt. 3;11-12).

Jezus zarzuca nauczycielom prawa, że zabrali klucz do wiedzy („kleida des gnoseos), do której w związku z tym nie weszli, a jedynie przeszkodzili tym, co chcieli wejść (Lk 11;52). Naucza przy pomocy przypowieści, czyli krótkich alegoryzujących opowiadań, których treść nie ma być brana dosłownie, gdyż słowa w nich zawarte mają inne w istocie znaczenie niż zazwyczaj. Sens owych przypowieści miał zostać odczytany przez samych słuchaczy. I nie zawsze bywał rozumiany, jak o tym świadczą stwierdzenia w ewangeliach. Nawet apostołowie nie rozumieli wszystkich przypowieści, gdyż Pomazaniec musiał im je później specjalnie objaśniać (jak np. w LK 8;11-15). Mówił on też swym uczniom, że “Wam dano poznać tajemnice królestwa Bożego (gnosai ta mysteria tes basileias tou Theou”), innym zaś w przypowieściach, aby patrząc nie widzieli i słuchając nie rozumieli” (Lk 8;10 i Mt 13;11).

Oczywiście, w Nowym Testamencie mamy też rzadkie co prawda krytyczne głosy na temat wiedzy, jak na przykład w 1Kor 8; 1-13, ale tam chodzi akurat o wiedzę o pokarmach składanych w ofierze bożkom(3) . Innym przykładem jest 1Tym 6 20, czyli końcowy fragment listu, którego pawłowe autorstwo jest już dzisiaj bardziej niż podawane w wątpliwość. Jego autor z II wieku n.e., ktokolwiek nim był, pisze o „argumentach rzekomej wiedzy” (“antitheseis tes pseudonomou gnoseos”), co od razu może sugerować, że autorowi temu znana jest również wiedza nierzekoma

Istotnie, bowiem termin “gnosis” w odniesieniu do wiedzy o Bogu i jego Królestwie pojawia się, i to w pozytywnym sensie, bardzo często w Nowym Testamencie. Wystarczy przejrzeć jego tekst (zwłaszcza ten grecki), by się o tym dowodnie przekonać. (4)

Jeśli powiedzieć, że gnostyk jest jako człowiek wolny chrześcijaninem z wyboru, to oczywiście mało takie ujęcie wyjaśnia. Każdy bowiem chrześcijanin (dorosły na tyle, by podejmować decyzje za siebie) jest chrześcijaninem z wyboru. Ale podczas gdy dla ortodoksa obok sumienia liczą się jeszcze dogmaty oraz to, co nazywają oni “prawdami wiary”, dla gnostyka dogmaty nie istnieją, a prawdy wolą poszukiwać niż przyjmować jako objawione. Są oni zatem chrześcijanami tylko z wyboru sumienia.

„Jedna jest rzeka Prawdy mająca dopływy z każdej strony”
(Klemens z Aleksandrii)

Klemens z AleksandriiPonieważ gnostycyzm występować może w rozmaitych religiach (są gnostycy żydowscy czy islamscy, cały buddyzm opiera się na zasadach analogicznych do gnostycyzmu, istnieją też inne wyznania, które wręcz nazywają siebie gnostykami, jak mandajczycy, od aramejskiego słowa „manda”, które ma znaczenie identyczne z greckim „gnosis”; praktycznie nie ma religii bez gnozy), a gnostycyzm może także występować, ze względu na swój charakter, poza istniejącymi zinstytucjonalizowanymi systemami religijnymi, wobec tego określenie ‘gnostyk’ samo w sobie nie wyjaśnia religijnej przynależności danej osoby. Jeśli już, to raczej sposób rozumienia religii. Stąd też zarówno osoby indywidualne, jak i całe gnostyckie wspólnoty religijne muszą definiować swoją przynależność religijną, nawet jeśli to prawda, że nazwa “kościół gnostyczny” kojarzy się obecnie głównie z tradycja chrześcijańską. Spróbujmy pokazać to tutaj na przykładzie kościoła znanego pod nazwą Ecclesia Gnostica, a działającego na terytorium USA i Norwegii. Oto cytat z jego katechizmu w postaci pytań i odpowiedzi:

„130. Jaką religię reprezentuje Kościół Gnostyczny?

Kościół Gnostyczny reprezentuje religię chrześcijańską (choć prawdą również jest, że reprezentuje on także wieczną religię gnostyczną, która zawsze istniała na ziemi).

131. Czy nie jest to oznaką limitacji lub sekciarskiego ekskluzywizmu?

Nie. Można respektować i studiować wiele religii, lecz efektywnie praktykować tylko jedną.

132. Czy Kościół Gnostyczny jest chrześcijańskim w tym samym sensie, w jakim inne kościoły nazywają siebie chrześcijańskimi?

Nie. Kościół Gnostyczny jest chrześcijańskim z własnej definicji, bazowanej na gnozie.

133. Czy pozostawia to Kościół Gnostyczny poza wspólnotą (ekumene) Powszechnego Chrześcijaństwa?

Nie, ponieważ kryteria chrześcijaństwa uznawane przez chrześcijan różnią się poważnie między sobą. Odmiany wprowadzone przez gnostyków są jednymi wśród wielu.”

Jeśli kościół gnostyczny jako wspólnota jest chrześcijański “z własnej definicji bazowanej na gnozie”, to w jaki sposób definiuje siebie jako chrześcijanina indywidualny gnostyk?  Widząc w rozmaitych religiach jedynie różne tradycje usiłujące wyrazić się w rozmaitych językach symboli i podań, wybiera on tę, z którą potrafi się najlepiej identyfikować. Jego samodefinicja mogłaby brzmieć na przykład tak, że  jest przekonany, że chrześcijaństwo w sposób najwierniejszy i najbardziej (dla niego) przejrzysty głosi gnostyczne przesłanie Boga, który tkwi w każdym człowieku i którego można stopniowo poznawać poprzez poznawanie samego siebie.

Bądźmy jednak realistyczni: większość gnostyków stała się gnostykami wiele lat po tym, gdy byli już chrześcijanami. W takim wypadku definicja mogłaby przypominać wyjaśnienie dlaczego ktoś uważa się np. za luteranina, a nie po prostu za chrześcijanina. Nie chcę wymyślać odpowiedzi za luteranów, dlatego zacytuję tu autentyczną wypowiedź luterańską:

“Jestem luteraninem, ponieważ jestem przekonany, że kościół luterański, kościół historycznych wyznań wiary  (Apostołów, Nicejskiego i Atanazjańskiego) oraz Konfesji Augsburskiej i innych wyznań tworzących Księgę Konkordii, w sposób najwierniejszy i najbardziej przejrzysty głosi Ewangelię Chrystusa zgodnie z jej objawieniem w Piśmie Swiętym.”  (Dr Edward Kettner, wykładowca teologii systematycznej w Concordia Lutheran Seminary w Edmonton, Kanada)

W przypadku gnostyka definicja zatem wyglądałaby – jeśli użyć słów dra Kettnera –  mniej więcej tak: jestem gnostykiem, bo jestem przekonany, że gnostycyzm w sposób najwierniejszy i najbardziej przejrzysty głosi historyczne przesłanie Chrystusa z Ewangelii.

Krótko mówiąc: czym dla chrześcijanina-luteranina jest luteranizm, tym dla chrześcijanina-gnostyka jest gnostycyzm. Dla luteranina owymi elementami odzwierciedlającymi Chrystusa są wyznania wiary (jak znane z tradycji), Księga Konkordii itd, dla gnostyka tym elementem jest gnoza.

Jeżeli jednak mowa o wyborze religii, to nie sposób pominąć jeszcze innego czynnika o ogromnym znaczeniu, z którego wagi każdy zdaje sobie w gruncie rzeczy doskonale sprawę, ale którego istnienie jest niejednokrotnie celowo (jakby wstydliwie) pomijane przez definiujących siebie religionistów. Tym czynnikiem jest oczywiście to, co możnaby nazwać kwestią dziedzictwa i chrześcijanin stający się gnostykiem też nie stanowi tu żadnego wyjątku. Obojętnie bowiem co by kto powiedział na temat tego, jakiego dokonał wyboru, faktem pozostaje, że religię na ogół przyjmuje się taką, jaka jest obecna w regionie, w którym się żyje (stąd też chrześcijanin jeśli dokonuje konwersji, to najczęściej jest to konwersja do innego wyznania chrześcijańskiego lub też stopniowo zmienia swoje poglądy nawet bez zmiany denominacji). Wystarczyłoby jednak, aby znane nam osoby pochodziły z innych stron, by teraz, zgodnie ze swym znanym nam temperamentem, głosiły one poglądy zgoła odmienne od reprezentowanych tutaj (5).

Jak psy z kotami…

W kościele chrześcijańskim ortodoksi pełnią rolę psów, gnostycy  kotówPsy charaktaryzują się wiernością postanowieniom swych przełożonych w kościele, dogmatom i tradycji. Uważają one, że wiara ustanowiona przez wczesny kościół ortodoksyjny jest prawdziwą wiarą apostolską i że to ta wiara w ostateczności przynosi zbawienie. Koty natomiast same decydują czemu i komu pozostać wiernymi i same definiują kim są w sensie religijnym. Nie cofają się przed wycieczkami na obszary innych religii i niejednokrotnie korzystaja również z ich tradycji. Na tym tle między grupami obu tych „gatunków zwierząt” dochodzi do częstych kontrowersji i wzajemnych oskarżeń. Psy zarzucaja kotom, że traktują one kościół i religię niczym kawiarnię, do której wchodzi się i z której się wychodzi wedle własnego uznania, że w wybiórczy sposób traktują tradycję i nauczanie kościoła, z których wybierają to, co im wygodne oraz że w ogóle robią jedynie to, co chcą.  Koty rewanżują się psom zarzutami o braku zdolności dokonywania własnych wyborów, braku samodzielności w myśleniu, o swego rodzaju umysłowym niewolnictwie charakterystycznym dla osób o umysłach kontrolowanych przez innych i o braku wyobraźni nakazującym im traktowanie alegorii w sposob literalny. I jeśli przyjrzeć się i przysłuchać tej wymianie warczenia i prychania, ujadania, miauczenia, gryzienia i drapania, to obydwie strony mają po części rację. Silne instytucje kościelne z systemem wyłaniania przywództwa są bowiem głównie dziełem psów, które  posiadają większą skłonność do działania w sforze, niż koty, którym bliższy jest indywidualizm będący motorem postępu.

Obie grupy stanowią bardzo różne formy chrześcijaństwa, które w związku z tym trudno byłoby całkowicie pogodzić ze sobą. Najprawdopodobniej jest to w ogóle niemożliwe. W większym zresztą stopniu z powodu psów, nie potrafiących pogodzić się w swoich wspólnotach z akceptacją interpretacji oraz rozumienia najbardziej fundamentalnych dla nich prawd religijnych tak drastycznie nieraz odmiennych od ich własnych. Jest to całkowicie zrozumiałe i należy to uszanować. Tym bardziej, że kotom wcale na takim jednoczeniu na siłę nie zależy. One wręcz zdają się  radować istniejącą różnorodnością, która daje im większe możliwości wyboru. Same nie zakładają zbyt wielu kościołów, a ich zdecydowana większość należy do istniejących wielkich denominacji, których członkostwo rzadko zmieniaja, a jeśli już to robią, to na ogół wtedy, gdy atmosfera wokół nich staje się „gęsta”, to znaczy gdy wyczuwają wokół siebie ewidentny brak akceptacji w dotychczasowym otoczeniu z powodu ich poglądów. Niejednokrotnie ortodoksi w ogóle odmawiają im miana chrześcijan z powodu ich niedogmatycznego podejścia do religii. Tym też się nie przejmują zbytnio, dla nich bowiem własny wybór jest ważniejszy niż werbalne uznanie przez ortodoksów. Nie zamierzają też zabiegać o przyzwolenie tych ostatnich na nazywanie siebie chrześcijanami, tym bardziej, że ortodoksi ich również o taką zgodę w odniesieniu do siebie nie pytają. A ponieważ ludzie o orientacji gnostycznej nazywają siebie chrześcijanami już od blisko dwóch tysięcy lat, więc nie widzą oni powodu, by akurat nagle teraz przestać.

I tak ta z pozoru dziwna (acz w gruncie rzeczy naturalna) sytuacja trwa bez żadnego widomego znaku na zmianę: jedni i drudzy przyznają się do tej samej religii, jedni i drudzy z własnego punktu widzenia, jedni nie uznają tych drugich, a ci drudzy się tym kompletnie nie przejmują i jeszcze na ogół należą wraz z tymi pierwszymi do tych samych kościołów.

Własną drogą – czyli “anima naturaliter christiana et gnostica”

Powyżej podaliśmy dwie z możliwych samodefinicji chrześcijańskiego gnostyka. W moim własnym przypadku właśnie ta druga samodefinicja jest prawdziwa, definicja kogoś, kto stał się gnostykiem wiele lat po zostaniu chrześcijaninem. Wyrosłem w katolicyzmie od dziecka i byłem typowym przedstawicielem tego nurtu: ochrzczony w KRK, bo rodzice też byli, potem komunia, bierzmowanie… (choć mam też krewnych w kościele augsburskim). Czytanie Biblii – niemal żadne (to zresztą typowe). Prawdziwe przebudzenie nastąpiło dopiero parę lat temu i miało ono katolicko-ortodoksyjny charakter. Jednak od samego jego początku owa katolicka ortodoksja znaczona była podejściem gnostycznym (z czego zrazu nie zdawałem sobie sprawy). Było to coś, co ortodoks przyjąłby chyba z niedowierzaniem: silne nawrócenie katolicko-ortodoksyjnego typu, głoszące przy tym, że kosciół rzymskokatolicki to jedyny prawdziwy kościół, a jednocześnie odnajdywanie w tym coraz czystszych i oczywistych cech gnostycznych. W tym czasie (dzięki wspólnym znajomym) zacząłem bywać w miejscowym kościele baptystów (początkowo zdecydowanie odrzucałem możliwość uczestnictwa w ich eucharystii…). To u baptystów uczęszczałem na t.zw. “Alfę”, a potem byłem członkiem ich „Bible-study groups” (1999-2003). W dyskusjach z nimi niejednokrotnie się handryczyłem i spierałem i to bardziej niż w tych serwisach ekumenicznych (6) . Ale w tym samym czasie na zawsze już odrzuciłem możliwość uważania części pism Starego Testamentu za cokolwiek bodaj zbliżonego do „kanonicznego”. Barbaria ziejąca z tych pism była już dla mnie tak skrajnie rażąca, że uznałem je za nie mające z chrześcijaństwem absolutnie niczego wspólnego. I dziś też sądzę, że jest już zupełnie nie do pomyślenia, bym je kiedykolwiek jeszcze był w stanie akceptować. Faktem jest co prawda, że nie ma takiej historii, której nie dałoby się pozytywnie alegoryzować (np. eksterminację całego plemienia jako „eksterminację własnych grzechów”), jednak znam lepsze „obrazy” nadające się do alegoryzacji niż popełniany przez Hebrajczyków „shoah” na innych ludach czy mojżeszowe przyzwolenie na masowy gwałt na dziewczynkach… (7)

orfeosBakkikos-orfeyrazpanaNatomiast doceniać zacząłem dużą część dziedzictwa, które chrześcijaństwo zawdzięcza nie tylko religii żydowskiej, ale i innym, t.zw. ‘pogańskim’ starszym braciom w wierze. Odnosi się to zresztą również (a nawet przede wszystkim) do tradycji naszych “rodziców w wierze”, czyli Egipcjan, którzy swojego „Jezusa” mieli całe tysiąclecia wcześniej w postaci Horusa/Ozyrysa, zwanego czasem „Iusu” (co ma znaczenie identyczne z żydowskim „Jeszua”). Dotyczy to również alegorycznych historii z pokrewnych w charakterze innych religii i kultów, jak choćby ta, której bohaterem jest przedstawiony obok na antycznym amulecie Orfeusz-Bachus (Orfeos-Bakkikos). Teraz spoglądam na historie ewangeliczne nie jako na treść samą w sobie, lecz jako na naczynie, w którym treść należy odnaleźć („kto odnajdzie treść tych powiedzeń, nie zazna śmierci”… – jak zaznaczono we wstępie do „Ewangelii Tomasza”). Uważam, że moje obecne pojmowanie religii ma w sobie więcej głębi niż kiedykolwiek przedtem.

 

Cały ten powyżej jedynie naszkicowany proces dał mi większe rozumienie rozmaitych tradycji, ale ugruntował moje miejsce w chrześcijaństwie. I to ugruntował do tego stopnia, że mogę śmiało wkraczać również w praktyki innych religii bez tej często i niesłusznie obecnej wśród wielu naszych koreligionistów (zwłaszcza tych co bardziej ortodoksyjnych) obawy przed nimi lub wręcz przed swoistą utratą tożsamości… Dał mi on także sposobność – właśnie poprzez ścisłe związanie elementów tradycyjnej ortodoksji z gnostycyzmem – zrozumienia, że te tak różne od siebie elementy bynajmniej nie są ze sobą sprzeczne. Właśnie tak: rożne, lecz niekoniecznie sprzeczne. Dlatego to uważam – tak jak napisałem to w stopce swego konta tutaj – całe chrześcijaństwo za jeden kościół powszechny. I byłbym też w stanie zgodzić się z Klemensem z Aleksandrii, że gnoza jest jak najbardziej możliwa w kościele katolickim. (8)

„To jest Chrystus, który jest w sercu Ojca;
Posłany został ze świętym zadaniem
Zbawienia i oświecenia tych w niewiedzy”
(„Ewangelia Prawdy”)

Nieco wyżej odwołaliśmy się do całkiem gnostycznie brzmiących wypowiedzi ludzi antyku, którzy za gnostyków bynajmniej nie uchodzą. Moglibyśmy równie dobrze zrobić to z wypowiedziami osób nam znanych. Pewien Użytkownik jednego z internetowych serwisów ekumenicznych zamieścił był w stopce swego konta następującą uwagę:

„Swoją wiarę staram się budować na Biblii i osobistym doświadczeniu Boga, a nie na dogmatach i naukach Kościoła”

Inny zaś Użytkownik w polemice z niżej podpisanym stwierdził między innymi:

„Ja po prostu WIEM, gdzie jest Prawda, a jest ona w Słowie Bożym, bo drogą z Jezusem idę od dawna” (podkreślenia tłustym drukiem w obu wypadkach są moje).

Obaj ci Użytkownicy nie tylko nie uważają siebie za gnostyków, ale – o ile mogłem się zorientować – do gnostycyzmu mają stosunek, łagodnie mówiąc, ‘chłodny’.

Tymczasem mogę ich obu z tego miejsca zapewnić, że wielu gnostyków byłoby w stanie podpisać się – i to oburącz – pod cytowanymi powyżej oświadczeniami.

Czy z tego wniosek, że zdaniem niżej podpisanego owi ‘ortodoksi’ „są gnostykami, ale o tym nie wiedzą”? Nie, jestem jak najdalszy od opowiadania tu „serbskich dowcipów” (9) na ich temat. Nie, zdecydowanie nie mam takich zapędów. Ale spróbujmy na moment wyobrazić sobie odcinek (jak w geometrii) z dwoma bardzo wyraźnie zaznaczonymi końcami: z jednej strony końcem tym jest skrajna ‘ortodoksja’ (właśnie z dogmatami, oficjalnymi naukami kościoła itd), z drugiej zaś równie skrajny gnostycyzm. Rzecz w tym, że takich stuprocentowych ortodoksów i gnostyków byłoby trudno spotkać. A my wszyscy znajdujemy się w rozmaitych punktach, spośród nieskończonej ich liczby, na tym odcinku. O tym, czy ktoś jest ortodoksem lub gnostykiem, decyduje więc proporcja wymieszania w jego świadomości obu tych komponentów. Co oznaczać może (i jest to całkiem realne), że ktoś nazywający siebie ortodoksem może posiadać więcej gnozy niż ktoś podający się za gnostyka. I na odwrót: niejeden gnostyk ma w sobie więcej z ortodoksa, niżby to sobie w najśmielszych wyobrażeniach uświadamiał.

„Choćby Chrystus i tysiąckroć w Betlejem był zrodzony
Lecz nie w tobie samym, toś w duszy swej zgubiony.
W krzyż na Golgocie daremnieś jest wpatrzony
Jeśli on w samym tobie nie jest znów wzniesiony„
Silesius (Johannes Scheffler) “Cherubinischer Wandersmann”

SilesiusTrudno byłoby chyba znaleźć chrześcijanina, któryby nie zgodził się z powyższym wnioskeim Silesiusa. Zgodzi się z nim z jednej strony skrajny fundamentalista baptystyczny czy zielonoświątkowy, a z drugiej jakikolwiek gnostyk. Dla tych spośród nas, którzy traktują Jozuego z Nazaretu jako naszego „Buddę”, Chrystus jest określeniem nie tylko wyjątkowego znaczenia osoby Jezusa jako nauczyciela, który za swoje nauczanie i moralną bezkompromisowość zapłacił w końcu życiem, lecz także obecnością Boga w każdym człowieku. Tą obecnością, która ma się w nim obudzić („zmartwychwstać”), w ten sposoób czyniąc zadość temu, o czym Jezus rozmawiał z Nikodemem (Jn 3;1-21).

Jeśli nawet tysiąckrotne urodziny Jezusa nie przyczynią człowiekowi zbawienia bez jego własnego w tym udziału, to tym bardziej nie uczyni tego to jedno narodzenie. A skoro zbawia Chrystus w tobie samym, to logicznym wydaje się dla wielu gnostyków, że w takim wypadku nawet tego jednego fizycznego narodzenia mogłoby nie być… Tak, Czytelnik być może odgadł już o czym mowa:  są tacy wśród gnostyków, którzy nie wierzą w istnienie historycznego Jezusa (dla nich Jezus z Nazaretu nie jest postacią historyczną , lecz jedynie mityczną, jak Mitras czy Ozyrys), uważają oni jednak, że istnieje wieczny Chrystus, ów Logos, który stał się ciałem… w każdym człowieku. I to właśnie ten Logos został posłany przez Boga, by jako zbawiciel (Soter) (10) dopomóc w naszym przebudzeniu i w ten sposób uwolnić nas od duchowej śmierci.

Dwóch takich właśnie gnostyków napisało niedawno w swojej książce:

„Jest to istotnie „największa historia kiedykolwiek opowiedziana”, historia tworzona przez tysiące lat (…) Pogański filozof Sallustius pisał o micie boga- człowieka Attisa:

‘Historia Attisa reprezentuje wieczny proces kosmiczny, a nie pojedyncze zdarzenie w przeszłości. Ponieważ historia ta jest blisko związana z uporządkowaniem wszechświata, odtwarzamy ją rytualnie, by przywrócic porządek w nas samych. My, tak jak Attis, upadliśmy z nieba; umieramy mistycznie wraz z nim i rodzimy się ponownie jako dzieci.’

To samo jest prawdą w micie Jezusa. Nie jest on pojedynczym zdarzeniem w przeszłości, lecz wskazuje na bezustanną możliwość duchowego odrodzenia, tu i teraz. Wciąż może on objawić tajemnicę, którą Paweł nazwał „Chrystusem w tobie’.” (11)
Dlaczego zatem w ogóle gnostycyzm kojarzony jest z herezją, a nawet (co jeszcze dziwniejsze…) uważany jest przez wielu za sprzeczny z chrześcijaństwem?

Odpowiedzi należy oczywiście szukać w historii. W antyku używano często słów „gnoza” (gnosis) czy „gnostyk” (gnostikos), natomiast nie istniało określenie „gnostycyzm”, będące całkowicie wytworem naszych czasów. A ponieważ przylgnęło ono w literaturze „ortodoksyjnej” (w heretyckiej zresztą też…) głównie do gnozy we wspólnotach „heretyckich”, więc w ten sposób, świadomie lub nie, „ortodoksi” ‘wylali dziecko razem z kąpielą’, zamykając oczy na fakt, że wśród nich samych gnoza często wcale nie jest pośledniejsza od tej „heretyckiej”.

Efektem tego zabiegu jest popularne kojarzenie gnostycyzmu nie tylko (a nawet nie tyle) z gnozą, ile wręcz w ogóle z poglądami odmiennymi lub po prostu opozycyjnymi wobec oficjalnej ortodoksji literalistycznego typu, nawet jeżeli te odmienne poglądy są w swej istocie tak literalistyczne jak literalistyczny biblikalizm ewangelikalnych fundamentalistów. Trudno byłoby bowiem z pełnym przekonaniem zaliczyć do gnozy literalistyczne rozumienie ‘kart astrologicznych’, ślepą wiarę w horoskopy lub pełne śmiesznych nieraz przesądów niektóre wierzenia i praktyki chińskiej ‘Feng Shui’.

“Świetliste Słowo, co przychodzi od Gnozy, jest synem Boga”
(Hermes Trismegistus, „Poimandrēs”)

Wielu dzisiejszych gnostyków ma tendencję do historycyzowania i odrzucania mitologii. Wydaje się to nieraz tym bardziej zaskakujące, że z drugiej jednak strony gnostycy zawsze tworzyli całą masę mitów. Jak to więc jest? 

Z jednej strony mamy gnostyków zgrupowanych na przykład w Jesus Seminar, z których poglądami zdaje się w dużej mierze zgadzac emerytowany obecnie biskup anglikański John Shelby Spong, a którzy na ogromną wręcz skalę demitologizują Biblię. Z drugiej strony inny były duchowny anglikański oraz profesor greki i Nowego Testamentu na Uniwersytecie w Toronto, a obecnie kolumnista w „Toronto Star”, Tom Harpur, uważa, że racjonalizowanie na przykład Nowego Testamentu jest akurat tą rzeczą, której potrzebujemy najmniej. Że wręcz należy nie tyle de-mitologizować świadectwa biblijne, ile je wręcz re-mitologizować. Mity pism świętych stanowią  bowiem, jak to ujmuje, jedynie próbę przekazania osobie ludzkiej wiedzy ezoterycznej, czyli wewnętrznej wiedzy o jej prawdziwej osobowości, a nie jakiejkolwiek wiedzy historycznej o przedstawianych zdarzeniach i osobach występujących w opisywanym dramacie. Owe postacie to jedynie aktorzy w sztuce rozgrywającej się w każdym człowieku; elementy, za pomocą których przedstawia się czytelnikowi prawdę zupełnie inną od opisywanej, niczym w przypowieściach z Ewangelii. (12)
Być może ta różnica jest wynikiem faktu, że Spong wierzy w historyczne istnienie osoby Jozuego z Nazaretu, podczas gdy Harpur nie wierzy. Osoba historyczna podlega badaniom empirycznym. Jeśli zatem przypisywane są jej jakieś stwierdzenia i czyny, to naturalnym jest prowadzenie badań mających doprowadzić do wyjaśnienia które z tych słów i czynów są prawdziwe, które prawdopodobne i które nieprawdziwe. Jeśli jednak osoba jest całkowicie mityczna, to nie ma sensu wykłócać się o historyczność tego, czym się zajmowała. Można wtedy spokojnie dopatrywać się w prezentowanych mitach prawdy uniwersalnej odnoszącej się do każdego człowieka.

Wielu znajduje się jednak pomiędzy Spongem a Harpurem: wierzą całkowicie w to, że Jozue Pomazaniec prezentowany w Ewangeliach bazowany jest na jak najbardziej autentycznej postaci historycznej. Uważają też, że tejże historycznej postaci przypisano cały szereg mitów będących w obiegu od setek, a nawet tysięcy lat przed jej narodzeniem. Możliwe fakty z życia tej osoby wymieszane zostały z mitami w jednym teologicznym wizerunku. Dla takich osób wizerunek ten nie jest wiarygodny i rozpada się wzdłuż linii podziału na mity oraz możliwe fakty (13) . To jakby dwie różne postacie, które niewiele mają ze sobą wspólnego. Taka mitologia (obojętnie czy chodzi o chrystologię, mariologię czy cokolwiek innego) nie trzyma się ich w ogóle. Piszę te słowa w swoim własnym imieniu, choć zdaję sobie sprawę, że nie jestem w takim spojrzeniu odosobniony. Dlatego też jestem w stanie akceptowac poszczególne mity jedynie w odosobnieniu od postaci, którym teologia je przyporządkowała.

Czytamy na przykład w Biblii (i to niejednokrotnie), że prawym jest tylko Bóg. Tym niemniej widzimy tam również i to nawet jeszcze częściej słowo “prawy” odnoszone do rozmaitych osób ludzkich. Bardzo podobnie jest dla mnie z określeniem „Chrystus”. Jezus z Nazaretu jest Christos (namaszczony), ale jednocześnie wspomina się tam o Chrystusie jako o będącym w nas, co oznacza, że również każdy człowiek ma w sobie owo namaszczenie.

Krótko mówiąc: na jak długo starcza t.zw. „prostej wiary”, tak długo nie ma problemu: Pismo Święte jest autorytetem, nieomylnym Słowem Bożym. Gdy jednak dowiadujemy się rzeczy wykraczających poza prostą wiarę, wtedy w coraz większym stopniu stawać musimy na własnych nogach, a „autorytet w sprawach wiary” okazuje się w stopniu wprost proporcjonalnym coraz bardziej narzędziem. Jednym z przykładów ludzi, którzy porzucili wiarę chrześcijańską z takiego właśnie powodu jest Charles Templeton, jeden z inicjatorów „Krucjat dla Chrystusa” w USA („Crusades for Christ”) i jeden z głównych niegdyś współpracowników słynnego pastora Billy Grahama. Powody swego odejścia, będące skutkiem ewangelikalnego literalizmu, wyłożył on wprost w swej książce pod wymownym tytułem „Pożegnanie z Bogiem” (14).

Są zasadniczo trzy możliwości w podobnych przypadkach: albo dokonywana jest konwersja na inną wiarę, albo wiara jest tracona na dobre, albo też miejsce prostej wiary zajmuje gnoza.

Kim jest jednak Jozue z Nazaretu dla chrześcijańskiego gnostyka i to takiego, dla którego nie jest on jedynie mitem?  Jako człowiek, ten historyczny Jezus jest tym, czym dla buddysty jest Budda. Jaki był ten nasz Budda?

W roku 160 n.e. biskup Melito z Sardis udał się był do Judei, gdzie natknął się na Ebionitów jako na jedynych żyjących tam chrześcijan. Ebionici byli gnostykami, o czym zaświadcza nam ortodoks Ireneusz z Lyonu. Zaś w IV wieku n.e. Euzebiusz próbował wyjaśnić ich fenomen jako wynik apostazji. Nie wyjaśnił jednak ani dlaczego ani też kiedy Ebionici mieli stać się apostatami. Nie wyjaśnia tego również Ireneusz ani sam Melito (15). Wyjaśnieniem najbardziej logicznym wydaje się zatem, że jeśli w połowie II w.n.e. judejscy chrześcijanie byli gnostykami, to zapewne dlatego, że byli nimi oni od samego początku. To zaś możnaby wyjaśnić jedynie tym, że i sam Pomazaniec też był żydowskim gnostykiem, o czym i niżej podpisany przekonany jest w stu procentach.

Jakim był Chrystus, tego jednak nikt nie jest w stanie wykazać ponad wszelką wątpliwość. Ewangeliczne zaś świadectwa rozmaicie mogą być rozumiane.

Kim był on dla gnostyków, pięknie i treściwie wyjaśnia gnostyczny biskup Stephan Hoeller (Tau Stephanus I):

Chi Ro„Gnostyczny Jezus Chrystus jest doprawdy kimś znacznie więcej niż synem cieśli z Nazaretu. Pod pewnymi względami jest on również kimś więcej niż precyzyjnie zdefiniowany i opisany Syn Boży teologów. Jeśli gnostyczny Jezus jawi się niektórym jako paradoks i enigma, to dlatego, że gnostyczna percepcja Jezusa ma swój początek w doświadczeniu gnozy. Gnostycy widzieli Jezusa oczami wizjonerów. Był dla nich transcendentną istotą, przybyszem z innego wymiaru lub sfery, który chwilowo znalazł się na ziemi. By poznać takiego Jezusa, należało otrzymać gnozę. Wtedy jego słowa, czyny, samo jego jestestwo zostałoby objawione i całkowicie zrozumiane. Dziś, po pełnych dwóch tysiącach tal historii chrześcijańskiej, wielka enigma wciąż nas woła i wzywa do zrozumienia go umysłem i percepcją gnozy.” (16)

Podsumowując punkt widzenia gnostycyzmu chrześcijańskiego na główne cechy i zadania religii, Tom Harpur wypunktował je w następujący sposób:

 1. Christos to imię nadane wcielonej obecności Boga w człowieku.

 2. Christos, choć znany pod wieloma imionami, jest obecny w całej ludzkości. Stanowi jej wspólną własność duchową, jednak nie wszyscy chrześcijanie i niechrześcijanie spostrzegają i uznają jego obecność w swoim życiu.

 3. Aby wyzwolić potencjalną moc Christosa w sobie, każdy musi poznać swoją własną naturę duchową oraz moc.

 4. Doktryny, wyznania wiary, dogmaty, ryty i rytuały miały i mają tendencję do zastępowania wrodzonej esencji duchowej, mogą one jednak wciąż być stosowane jako pomoc w sławieniu obecności Chrystusa w nas.

 5. Ewangelie są w rzeczywistości dramatami o Christosie, z Jezusem występującym w roli jako postać dramatu. Jezus jest symboliczną personifikacją Christosa.

 Christos6. Narodziny, śmierć i zmartwychwstanie są subiektywnymi wydarzeniami Chrystusa w nas, które każdy z nas przeżywa. Chrystus rodzi się w stajence naszych serc; Chrystus w nas oddaje swoje życie za nas w taki sam sposób, w jaki nasienie musi obumrzeć, aby wzrosnąć. Zmartwychwstanie to nasze wyniesienie do nowego życia z grobu naszej ziemskiej cielesności, a w ostateczności, jak mówi Credo, jesteśmy ponownie narodzeni do „życia wiecznego w przyszłym świecie” („vitam venturi saeculi”).

 7. To za naszym przyzwoleniem Christos zostaje rozbudzony, by uduchowić naszą naturę. Nie stajemy się Bogiem, lecz każdy z nas jest częścią Boga z boskim potencjałem.

 8. Religie powinny dawać sposobność ludziom do zaangażowania ich życia nie dla osobowego, historycznego Jezusa w (przypadku chrześcijaństwa) , lecz wiecznego Chrystusa, w jakikolwiek sposób jego boska obecność byłaby rozumiana. (17)
Starożytni niejednokrotnie uczyli: “Poznaj siebie” („Gnothe seautou”). Wątpić należy, by jakikolwiek chrześcijanin zanegował starą gnostyczną zasadę wyrażoną przez Hermesa Trismegistusa:

„Co powinieneś poznać, jest „tym” w tobie, co widzi i słyszy, a pochodzi od Bożego Słowa” („Poimandrēs”)

Michał Monikowski

Przypisy

1. Klemens rozróżnia wyraźnie pomiędzy gnozą a wiarą, przy czym gnoza ma być udoskonaleniem wiary. Uważa on, że Pismo Święte powinno być często odczytywane alegorycznie, a nie literalistycznie.. Według niego Jezus przekazał wiedzę apostołom w ustnej tradycji gnostycznej. Klemens otwarcie nazywa zaawansowanych w gnozie chrześcijan ‘gnostykami’, pokreślając przy tym, że gnozę można uzyskać w kościele katolickim. Poglądy swoje w tej mierze ujawnił między innymi w swoim dziele „Stromateis” (dosłownie: „Dywany”).  Stwierdził on tam między innymi, że „tylko gnostyk jest naprawdę pobożny” oraz że „prawdziwym chrześcijaninem jest gnostyk”.

2. Z tłumaczeniem owych psychikos i pneumatikos (werset 14 i 15) zazwyczaj są problemy. W „Tysiąclatce”  psychikos figuruje jako „człowiek zmysłowy”, pneumatikos już znacznie lepiej i poprawnie jako „człowiek duchowy”. Podobnie u Lutra (1545) odpowiednio „Der natürliche Mensch” oraz „Der Geistliche”. W angielskim tłumaczeniu znanym jako New American Standard Bible (NASB) odpowiednio „a natural man” oraz „spiritual”. Nie lepiej jest w tłumaczeniu czeskim „tělesný člověk” (człowiek cielesny, czyli raczej coś, co pasowałoby do kategorii hylikos, nawet nie  jako psychikos…) oraz „duchovní člověk”. Z europejskich wydań najlepiej ten fragment przetłumaczony został w Biblii rosyjskiej, gdzie całkiem poprawnie czytamy „duszewnyj” i „duchownyj”. Natomiast na ogół nie ma większych problemów z wersetem 16, gdzie owo „emeis de noun Christou echomen” („posiadamy umysł Chrystusa”) jest tłumaczony nienajgorzej lub poprawnie. Tym bardziej zastanawia kompletny błąd w „Tysiąclatce”, gdzie przetłumaczono owo wyrażenie jako My właśnie znamy zamysł Chrystusowy.”(!) „Nous” to zdecydowanie „umysł”, nie „zamysł”. „Zamysł” to po grecku „ennoia”

3. Powołując się na ten fragment Nowego testamentu, Ireneusz z Lyonu w swojej polemice zawartej w „Contra Haeresiam” (księga II, rozdział XVI) również uznaje istnienie wiedzy o Bogu:

„I dlatego Paweł woła „wiedza wbija w pychę, miłość zaś buduje” (p. 1Kor 8;1 – przyp. MM) nie dlatego, że zamierzał zgromić prawdziwą znajomość Boga, bo w takim wypadku siebie samego by oskarżył; lecz dlatego, że niektórzy, nadęci pretensją wiedzy, odchodzą od miłości bożej i wyobrażają sobie, że są doskonali…”

4. Właściwie możnaby nawet ograniczyć przedmiot naszych dociekań do samego tylko Nowego Testamentu, by wykazać, że wczesne chrześcijaństwo operowało tym pojęciem bardzo często w odniesieniu do Boga i to od czasów swego zarania. O bardziej szczegółowej historii chrześcijańskiego gnostycyzmu napiszemy tu innym razem  – wraz z wyliczeniem wszystkich nowotestamentowych instancji odwoływynia się do gnozy (wraz z ich greckimi cytatami i dosłownymi tłumaczeniami).

5. Zabawmy się przez moment w próbę odtworzenia tego, co mogłyby one myśleć i pisać, gdyby istotnie urodziły się gdzie indziej:

Na przykład nasz Mateusz, gdyby był prawosławnym Grekiem (Mathaios Markos) lub Rosjaninem (Matwiej Markow), a nie Polakiem-katolikiem, to pewnie utrzymywałby, że nie było schizmy wschodniej lecz zachodnia, bo to Rzym odłączył sie od prawdziwego kościoła. Gdyby zaś był muzułmaninem w Iraku, to też zapewne nie byłby sunnitą, lecz bardziej prawowiernym szyitą i dlatego też zamiast zerkać w stronę lefebrystów czyniłby ukłony w stronę Hesbollahu czy Hamasu.

Nasz Drogi „Tomo”, gdyby żył np. w Iranie (Tomoullah Terziani), to zamiast redagować stronę chrześcijańską, byłby redaktorem strony szyickiej i na jej łamach wyrzucałby nawróconemu dopiero co z sunnizmu na szyizm teologowi (Roub Ali Opallah), że ten zbytnio zachwyca się liberalizującym teologiem szyickim o nazwisku Hannis Kungiani. Uważałby, że ktoś, kto zgadza się z Kungianim „nie może być szyitą” oraz że w ogóle takie zachwyty nad teologią kungiańską „muszą budzić zaniepokojenie”.

Z kolei pochodzący z Cejlonu (Sri Lanka) hinduista „Dario” (Brunesh Dariapalan), studiujący na uniwersytetach w sąsiednich Indiach (np. w Delhi i Bombaju) redagowałby stronę hinduistyczną, promującą jedność wśród rozmaitych gałęzi hinduizmu. Napisałby tam zatem serię 7 lub 8 artykułów pod wspólnym tytułem “Wspolnota medytacyjna jest możliwa” (o eucharystycznej by nie pisał , bo tam tego nie ma).

Zażartowawszy w ten sposób z Sz. Kolegów, nie pragnę siebie samego wyłączać z tego dowcipu (choć zapewne wypadnie to niezbyt ciekawie):

Gdybym był judaistą, należałbym do synagogi liberalnej (raczej nie konserwatywnej, a już absolutnie w żadnym wypadku do ortodoksyjnej) i otwarcie gwizdałbym na pejsy i brody. O obrzezaniu też nie miałbym wiele dobrego do powiedzenia (choć może nie aż tak ostro jak to robie obecnie, bo sam osobiście byłbym o tych ileś gramów lżejszy…).  Gdybym zaś należał do irańskich szyitów, to już dawno bym się im pewnie naraził, w wyniku czego wylądowałbym u bahajczyków, mandejczyków lub zoroastrian (w którym to wypadku o islamie pisałbym bardziej zajadle niż teraz – choć pewnie na emigracji – a o chrześcijaństwie być może w ogóle nie).

6.  Kiedyś na przykład nazwałem tam Lutra „fałszerzem” (bo wprowadził on jedno słowo do Rz 3;28). A raz się tak zagalopowałem, że zapowiedziałem im wręcz, że ich ponawracam na katolicyzm i uroczyście wprowadzę ich do katolickiej katedry, przedstawiając ich całą grupę naszemu arcybiskupowi (!).

7. Odrzucanie części lub nawet niejednokrotnie całości Starego Testamentu ma w chrześcijańskim gostycyzmie długą tradycje. Poniżej prezentujemy krótkie wyjaśnienie tego stanowiska przez gnostycznego biskupa Stephana Hoellera:

„Przede wszystkim gnostycy, wraz z niektórymi innymi wczesnymi chrześcijanami, spoglądali na Boga Starego Testamentu z zażenowaniem. Członkowie intelektualnych eszelonów wczesnego chrześcijaństwa byli ludźmi pewnego duchowego wyrafinowania. Tym, którzy zaznajomieni byli z nauczaniem Platona, Filona, Plotyna i podobnych do nich nauczycieli trudno było wiązać się z Bogiem wyrażającym mściwość, gniew, zazdrość, plemienną ksenofobię i zacięcia dyktatorskie. O ileż bardziej odpowiadającym szlachetnej folozofii gnostycyzmu był łaskawy i szlachetny charakter Jezusa i jego nauk. Gnostycy mogli zatem wyciągnąć logiczne wnioski z tego kontrastu i nadać Bogu Starego Testamentu status demiurga, pośledniejszej postaci kosmicznej.” 

I dalej:

„Transcendentny Bóg, minimalnie zaangażowany w stworzenie i rządzenie światem, był wiarygodnym w oczach wielu ludzi żyjących w otoczeniu greko-egipsko-rzymskim w pierwszych stuleciach ery chrześcijańskiej. Wysoce osobowy i aż do bólu skażony Bóg Starego testamentu stracił wiarygodność nawet wśród wielu Zydów, jak tego dowodzi przykład filozofa Filona z Aleksandrii. Ten uczony człowiek, acz pobożny Zyd, użył swych talentów dla wybielenia konceptu Boga Izraela przez nasycanie go ideami platońskimi. (…) Zajmując jeszcze radykalniejsze stanowisko, interpretatorzy, których słowa zawarte są w pismach z Nag Hammadi, uważali, że Bóg, który zachowuje się jak to opisano w księdze Genezy i innych księgach Starego Testamentu, musi być symulantem i uzurpatorem niewartym wielbienia ani posłuszeństwa.”  (Stephan A. Hoeller. „Gnosticism. New Light on the Ancient Tradition of Inner Knowing”. Quest Books, Theosophical Publishing House; Wheaton, Illinois, USA 2002, s. 32 -33)

To, co starożytni gnostycy wyjaśniali mitami o różnych bogach (lub o jednym bogu i co najmniej jednym demiurgu lub wręcz szatanie), dziś wielu (włączając niżej podpisanego) tłumaczy różnicą w koncepcji Boga przez różnych autorów. Autorzy Biblii przedstawili taką koncepcję Boga, na jaką stać było ich umysły. Pod tym względem Biblia z całą pewnością nie kłamie w żadnej swojej księdze, w żadnym rozdziale i w żadnym wersecie.

8. Choć naturalnie nikt jej (przynajmniej otwarcie) w kościele katolickim nie naucza. Być gnostykiem w kościele katolickim (jak również w jakiejkolwiek innej wielkiej denominacji) oznacza bycie samoukiem lub korzystanie z dorobku kościołów gnostycznych albo wręcz innych religii, bo na własny kościół pod tym względem w ogóle nie ma co liczyć. Niejednokrotnie jednakże pojawia się w tych kościołach nauczanie gnostyczne (wiele kazań ma taki charakter, nawet u baptystów) jednak nie jest ono tam publicznie nazywane „gnostycznym”.

9.  Określenie „serbski dowcip” biorę z dowcipu, jaki Serbowie opowiadają nieraz o Chorwatach: „Chorwaci to też Serbowie, tylko o tym nie wiedzą”. Gwoli ścisłości: Serbowie i Chorwaci są istotnie bardzo sobie pokrewni. Używają co prawda innych alfabetów i ich przynależność kościelna też jest inna, ale językiem mówią tak na dobrą sprawę takim samym lub prawie takim samym. Czyli trochę jak chrześcijanie rozmaitych orientacji: ‘językiem’ (religijnym) mówimy też podobnym (jeśli nie tym samym)… i tak było już od wczesnych wieków.  Przykładem mogą służyć opisy mitów heretyckich przez Ireneusza z Lyonu („Contra Haeresiam”). Ireneusz zawarł greckie imiona postaci z owych mitologii. Jednak wystarczy przejrzeć słownik grecki, by sę przekonać, że te „imiona” nie są tak na dobrą sprawę żadnymi imionami, lecz dość powszechnie stosowanymi pojęciami. Na przykład „Sige” to „cisza”; „Aletheia” to „prawda”; „Nous” – umysł; „Ennoia” – zamysł, myśl, intencja, cel; „Zoe” to życie, bycie żywym, również: autor życia, środek osiągania życia (również życia wiecznego jak w Jn 5;39); „Bythos” to z kolei: dno, głębia, najniższy poziom, a „Monogenes” to jedyny syn (jak w Lk 7;12), jedyna córka (jak w Lk 8;41), jedyne dziecko (Lk 9;38) lub „jednorodzony”, jak w najbardziej znanych wersetach z „Ewangelii Jana” (Jn 1;14, 1;18, 3;16 i 3;18).
Przykłady możnaby mnożyć całymi tuzinami.

10. “Soter” od gr. „soteria” = ratunek, zachowanie (czegoś lub kogoś), zbawienie (zarówno wieczne jak i duchowe). Soter to zatem ktoś, kto zachowuje lub zbawia.

W Nowym Testamencie użyte zostały dwa greckie słowa, które tłumaczone są jako zbawienie: wspomniana już soteria oraz lytrosis, przy czym to drugie jest mocniejszym określeniem sugerującym, że chodzi o wybawienie od niebezpieczeństwa, niejednokrotnie wręcz za okup (gr. lytron). Lytrotes to zatem ktoś, kto ratuje za jakąś cenę, podczas gdy soter może równie dobrze dać komuś zbawienie duchowe, a nawet po prostu przywrócić czyjąś duchową równowagę. W tradycji chrześcijańskiej Chrystus określany był jednak głównie jako soter, nie jako lytrotes. Przykładem jest ów sławny skrót ICHTYS, dosłownie oznaczający rybę, lecz w rozwinięciu mówiący Iesous Christos Theou Yios Soter  (Jezus Chrystus Syn Boży Zbawiciel).  

11. Tim Freke & Peter Gandy. „The Jesus Mysteries. Was the original Jesus a Pagan God?” Thorsons. Glasgow 2000, s. 309-310

12.  „Główną wadą całego podejścia Jesus Seminar jest to, że tak jak fundamentaliści, tak i badacze z Jesus Seminar  reprezentują fałszywy pogląd, że ostatecznie mają do czynienia z historią (…) Jednak mit traktowany jako historia nieodmiennie się rozpada.” (Tom Harpur. “The Pagan Christ. Is blind faith killing Christianity?” Allen&Unwin, Sydney 2005, s. 138-139)

13. To dlatego właśnie mity przyporządkowane poszczególnym postaciom biblijnym nabierają dla mnie sensu jedynie, jeśli spoglądam na nie w szerszym kontekście, w oderwaniu od tych postaci. Wtedy bowiem są one opowieściami, których prawdziwego znaczenia można poszukiwać niczym znaczenia przypowieści ewangelicznych.  Gorzej jednak, gdy teologia wkracza w prywatne życie opisywanych przez siebie osób próbując naginać je do swoich potrzeb. Tak się dzieje, gdy teologia „nakazuje” Marii, matce Jozuego, pozostawanie dziewica aż do końca zycia, a potem twierdzi, że ta konkretna osoba była za swego ziemskiego życia bezgrzeszna. Nie inaczej to wygląda w przypadku Jezusa, gdy to właśnie teologia próbuje, dla swoich własnych celów, „decydować”, czy krewni tego człowieka byli jego fizycznymi braćmi czy też, w najlepszym wypadku, kuzynami. Dla osoby o moim usposobieniu tego już zdecydowanie za wiele i do jakich reakcji prowadzi, to pokazuje mój artykuł „Maria, córka Izydy”.

14. Charles Templeton. „Farewell to God. My Reasons for Rejecting the Christian Faith”.  McClelland/Stewart, Toronto, Canada 1996

15.  Specjaliści mówią niejednokrotnie o dwóch rozmaitych sektach ebionitów: pierwszej założonej przez judejskich Zydów w I w.n.e. oraz drugiej, działającej w II wieku, jednak przyznają, że ta druga powstała z pierwszej. Ireneusz z Lyonu utożsamiał poglądy tej pierwszej z Kerinthosem i Karpokratesem. Kerinthos miał być mniej więcej rówieśnikiem apostoła Jana. Co ciekawe, ewangelia, którą my nazywamy „Według Jana”  („Kata Ioannen”), była w II wieku przypisywana nieraz Kerinthosowi właśnie. Współcześni historycy zaliczają zarówno Kerinthosa jak i Karpokratesa do gnostyków. Ebionici charakteryzowali się m.in. tym, że nie uznawali Jezusa za Boga, uważali Jahwego za tego Boga, o którym uczył Chrystus  (w odróżnieniu np. od marcjonitów) i zachowywali żydowskie nakazy prawne (również obrzezanie), choć nie próbowali ich narzucać innym.

16.  Stephan A. Hoeller. „Gnosticism. New Light on the Ancient Tradition of Inner Knowing”. s. 68-69

17. Tom Harpur. “The Pagan Christ. Is blind faith killing Christianity?” s. 24-25


Działania

Information

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s




%d bloggers like this: