Nowa ordynacja wyborcza – pytania i odpowiedzi

11 07 2009

1. W teorii obecna propozycja wygląda na słuszną. Ale jak w praktyce mają wyglądać wybory, jeżeli kandydaci na posłów często nawet nie będą ubiegali się o ten sam mandat? Wyobraźmy sobie sytuację, w której z jakiegoś okręgu startować będzie np. piętnastu kandydatów, ale każdy z nich ubiegać się będzie o mandat w innej komisji sejmowej? Zważywszy, że owych komisji ma być 25, taka teoretyczna możliwość istnieje, że każdy kandydat może ubiegać się o dostanie się do innej. Jeżeli np. „Kowalski” startuje do komisji gospodarczej, a „Nowak” do komisji ochrony środowiska i zasobów leśnych, to jak zdecydować który z tych dwóch jest lepszy? W jaki sposób ten problem będzie rozwiązany?

Przede wszystkim to nie będzie żaden problem. Przecież już obecnie o jedno miejsce w parlamencie walczy od kilku do kilkunastu osób (w wyborach z października 2007 o 560 miejsc – sejmowych i senackich – ubiegało się dokładnie 6580 kandydatów i kandydatek). I według wszelkiego możliwego prawdopodobieństwa większość z wybranych trafi w końcu do rozmaitych komisji parlamentarnych, z całą pewnością nie będą wszyscy należeć do jednej i tej samej. Zacznijmy od tego, że jeśli 15 kandydatów jest znanych ze swych zamiarów ubiegania się o mandaty w konkretnych komisjach sejmowych, to będzie to sytuacja o całe niebiosa lepsza od obecnej, gdyż obecnie nie wiadomo co i jak kandydaci zamierzają robić w sejmie. Obecnie jest tak, że wielu kandydatów ubiega się o ten sam mandat, a każdy ma inne kwalifikacje (o ile w ogóle jakiekolwiek posiada…). „Najlepsze” jest to, że często sami kandydaci nie wiedzą do jakiej komisji trafią, a niejednokrotnie nie fatygują się do żadnej. Tak więc samą znajomość zamiarów kandydatów w tym względzie i to od początku kampanii wyborczej traktować należy jako istotny krok naprzód. W miarę postępu kampanii wyborcy będą mogli zorientować się w tym, co konkretnego mają oni do zaproponowania oraz jakie posiadają kwalifikacje do pracy w sejmie. Będą mogli sobie zatem wyrobić na ich temat zdanie, w tym również zdanie na temat tego, czy np „Kowalski” będzie lepszy w komisji gospodarczej czy też może „Nowak” lepiej przysłuży się krajowi, pracując w komisji ochrony środowiska i zasobów leśnych. Nie zapominajmy też, że istotną pomocą służyć będą wyborcom… ich współwyborcy. Wśród wyborców nie brakuje bowiem również zawodowców i to z tych dziedzin, w których udzielać zamierzają się posłowie w sejmie. Będą oni w stanie dosłownie „odpytać” kandydatów z tych dziedzin i w ten sposób dopomóc w ich selekcji.


2. Czy proponowany system będzie wymagał nowego podziału kraju na okręgi wyborcze? Jeśli tak, to w jaki sposób i według jakich zasad podział ten zostanie przeprowadzony?

W zasadzie nowy podział nie byłby absolutną koniecznością. Ostatecznie bowiem nie jest to propozycja zawierająca jakiekolwiek „miejsca gwarantowane” z jakiegokolwiek okręgu. Jednak właściwym byłoby przeprowadzenie nowego podziału na okręgi o mniej więcej równej liczbie mieszkańców, co oczywiście oznaczałoby, że jedne z nich byłyby powierzchniowo niewielkie, inne byłyby rozległe, z uwagi na rozmaitą gęstość zaludnienia oraz nierównomierne rozmieszczenie ludności. Nie miałoby przy tym znaczenia, czy byłyby to okrągi małe lub większe, czy byłoby ich 80, 160 czy 460. Najpewniej decydującym czynnikiem byłby po prostu stopień łatwości (i trudności) podziału na okręgi mniejsze lub większe. Granice między okręgami przeprowadzonoby tak jak najłatwiej to uczynić.


3. Proponowany system zakłada, że nie będzie już gwarantowanych mandatów poselskich z każdego okręgu. Jak w ogóle można pogodzić taką zasadę z demokracją i sprawiedliwością? Wychodzi na to, że ludzie będą wybierali swoich przedstawicieli w okręgach, a potem dowiedzą się, że ci i tak nie przeszli. Jaki jest w ogóle sens głosowania w takich warunkach? Proponowana tu zasada wydaje się w najlepszym wypadku nieco dziwna…

Proszę zwrócić uwagę, że obecna sytuacja jest pod tym względem znacznie gorsza. Ona jest regulowana inaczej ułożonymi zasadami ordynacji, ale generalnie rzecz biorąc efekt jest podobny (tylko właśnie gorszy), jeśli się temu dokładniej przyjrzeć. Według proponowanego systemu istotnie kandydat wybierany w jednym okręgu może przegrać wybory z kandydatem z innego okręgu, ale tylko i wyłącznie wtedy, gdy ten inny kandydat uzyska więcej głosów. Podczas, gdy obecnie przegrywa z kandydatami uzyskującymi mniej głosów. Wyobraźmy sobie sytuację następującą w dwóch różnych okręgach mających, powiedzmy (dla łatwego rachunku) po 500 tysięcy wyborców: startuje z nich po 10 kandydatów. Ale w jednym z nich dwóch kandydatów zdecydowanie przewodzi stawce, zbierając razem 80% głosów (jeden ma 42% i wygrywa, drugi 38% i przegrywa). Dodatkowo frekwencja sięga 90%. W drugim okręgu głosy rozkładają się dość równo. Wygrywa ktoś z 14% głosów. I on zostaje posłem Dodatkowo frekwencja wynosi 25%, czyli ten, który ma 38% (171 tysięcy głosów) przegrywa z kimś o poparciu 3krotnie mniejszym procentowo (a liczbowo prawie 10krotnym, bo ten „zwycięzca” ma 17 i pół tysiąca głosów). A czy nie wiemy, że do parlamentu – na skutek istnienia systemu proporcjonalnego – dostają się często kandydaci, na których mało kto głosuje? Jak można wierzyć, będąc wyborcą, że się własny głos w ogóle liczy? I też można zapytać: jaki jest w ogóle sens głosowania w takich warunkach? Można kogoś wybrać, a i tak ten ktoś nie przejdzie, bo ustąpi miejsca komuś o mniejszym poparciu – czy to z tego samego okręgu wyborczego, czy też z innego. Kandydat może wygrać wybory w swoim okręgu, ale jeśli nie będzie za nim stała partia uzyskująca w skali całego kraju co najmniej 5% głosów, to taki kandydat nie wejdzie do Sejmu. I nie ma możliwości uczynienia czegokolwiek, aby temu zapobiec. Jest tylko i wyłącznie kwestią naszego przyzwyczajenia, że obecną zasadę uważamy za demokratyczną, a proponowana tutaj wydaje się komuś „dziwna”. Jak bowiem widać przy bliższym przyjrzeniu się, proponowany system nie ma w sobie absolutnie niczego „dziwnego”. Jest on niemniej demokratyczny niż jakikolwiek inny, a za to dodatkowo sprawiedliwszy i gwarantujący lepszych deputowanych.


4. Jeżeli tak, to jaka jest właściwie główna różnica między systemem obecnym a proponowanym?

Proponowany system, obok wielu korzyści, oferuje przede wszystkim spełnienie dwóch kardynalnych filarów: głównego wymogu demokracji parlamentarnej oraz głównej potrzeby systemu władzy. A to poprzez łączenie zasady demokratycznego wyboru z regułą profesjonalnego doboru:

1. nie wejdzie do parlamentu nikt, kto nie posiada autentycznego i sporego poparcia wśród wyborców,
2. nie wejdzie do parlamentu nikt, kto nie jest fachowcem w dziedzinie, w której ma współstanowić prawa

Czy jest znany jakikolwiek inny system, któryby obie te rzeczy gwarantował naraz w takim stopniu?


5. Jeśli istotnie proponowany tu system jest taki dobry i słuszny, jak się go tu przedstawia, to jakim „cudem” nie jest on stosowany w znanych nam krajach demokratycznych, zwłaszcza w tych, które zdecydowanie przewodzą w światowej demokracji?

Dzieje sią tak nawet nie jednym „cudem”, ale wręcz kilkoma. Najważniejszym jest „cud” historyczny. Jak już pokazano tu na przykładzie Polski, obecny system wywodzi się z systemu, który z demokracją nie miał absolutnie niczego wspólnego. Podobnie było w innych krajach, jak we Francji czy Anglii. „Parlement” był początkowo jedynie organem doradczym wobec monarchów, przy czym oczywiście jego członkowie wykorzystywali swoją pozycję dla wzmocnienia własnych interesów. Układ klasowy, który tworzył niegdyś „parlement”, już nie istnieje. Jedyną istotną różnicą jest to, że uprawnienia, które niegdyś posiadali nieliczni, zostały rozszerzone na wszystkich obywateli, bez względu na ich przydatność do pełnienia podobnych funkcji.

I to właśnie dlatego ten schemat historycznego tworzenia parlamentów demokratycznych stosowany jest w praktyce obecnie. Ma on zastosowanie również w tych krajach, które stosunkowo niedawno wkroczyły na drogę demokracji, a to dlatego, że kraje te albo wprost przejęły systemy polityczne od krajów o starszym parlamentaryzmie, albo tworzyły swe systemy na podstawie istniejących w tych innych krajach.

Z czasem wytworzyło się wrażenie (i to z kolei jest drugi powód, czyli kolejny z owych „cudów”, dla których nie stosuje się odmiennych systemów; powód, który możnaby nazwać „nastawieniem myślowym” ), że skoro tak wytworzyły się systemy demokratyczne, to znaczy, że mogą one istnieć tylko i wyłącznie w takiej, a nie innej, postaci.

Wrażenie to dodatkowo jest potęgowane faktem (i to jest jeszcze inny z owych „cudów”), że czołowe kraje demokracji są równocześnie największymi potęgami gospodarczymi – a co za tym idzie – krajami o najwyższych standardach życia. Tworzy to fałszywe wrażenie, że kraje te dlatego są tak dobrze prosperującymi, bo mają taki typ systemu demokratycznego. Zapomina się najczęściej, że te kraje stały się (za wyjątkiem USA) potęgami jeszcze zanim zaczęły mieć do czynienia z demokracją. Ta sytuacja sprawia, że owe kraje nie odczuwają tak naglącej potrzeby reformy swych systemów parlamentarnych.
Historia uczy, że reformy pojawiają się najczęściej tam, gdzie najbardziej odczuwana jest ich potrzeba. Oznacza to, że wzorzec udoskonalenia jakości parlamentu stworzyć musimy sobie sami, raczej nie zawita on do Polski z obecnych systemów USA, Francji czy Wielkiej Brytanii, choć niewątpliwie od tamtych krajów można się nauczyć wielu innych rzeczy.


6. Jaki jest w ogóle sens tak drobiazgowego troszczenia się o profesjonalizm członków poszczególnych komisji sejmowych, skoro wypracowywane przez nie propozycje ustaw są potem i tak dyskutowane i przegłosowywane przez cały parlament, którego większość nie składa się z fachowców z danej dziedziny (czyli stanowi zgromadzienie „laików”), do której odnosi sią proponowane prawo?

Wyobraźmy sobie dwie grupy ludzi, każdą po 460 osób. Jedna z nich jest jednakże grupą fachowców z dziedzin stanowiących zainteresowanie parlamentu, a druga to typowa „zbieranina”, złożona z osób „na chybił-trafił”. Ta pierwsza grupa, pracująca w zespołach złożonych z fachowców, tworzy w określonym czasie zespół fachowo opracowanych propozycji praw. Mogą się wśród nich znaleźć propozycje nieudane, ale stanowić będą niewielki odsetek. Większość jednak to będą prawa logiczne, nienajgorzej, dobrze, a nawet bardzo dobrze opracowane. Z tej całej „puli” nowych propozycji praw część zostanie w głosowaniu odrzucona, ale część zostanie przyjęta.
Ta druga grupa, owa „zbieranina” też w tym samym czasie przygotuje pewną liczbę praw. Ale, z uwagi na niski stopień profesjonalizmu swoich członków, stworzy prawa mierne, na ogół poniżej przeciętności, rzadko tylko sięgające poziomem przeciętności, a już tylko wyjątkowo będące dobrymi. I z tej, nędznej, puli część również zostanie w głosowaniu odrzucona (chwała Bogu!), jednak część zostanie przyjęta i stanie się obowiązującym prawem w kraju… Więc jak: którą z tych dwóch „pul” wolelibyśmy mieć do dyspozycji we własnym kraju?


7. Czy w proponowanym systemie będzie istniała możliwość wystawiania kandydatur niezależnych?

Jak najbardziej. I wygrana kandydata niezależnego nie byłaby hamowana jakimikolwiek ograniczeniami wynikającymi (jak to się dzieje obecnie) z „progu 5%” postawionego partiom politycznym jako warunku uzyskania miejsc w parlamencie. Istotą proponowanej ordynacji jest bowiem stworzenie warunków do wyboru możliwie jak najlepszych kandydatów, a nie faworyzowanie jakiejkolwiek partii politycznej.


8. Czy istotnie system demokracji parlamentarnej jest możliwy do naprawienia? Parlament spełnia dobrą rolę tylko wtedy gdy ma bardzo ograniczone kompetencje, zakaz inicjatywy we wszystkich sferach i gdy jego uprawnienia polegają tylko na możliwości blokowania podnoszenia podatków, zmiany starych i ważnych praw, kombinowania przy walucie oraz wypowiedzenia wojny. Jeśli parlament już ma istnieć, to jako właśnie hamujący strażnik pewnego ładu, chroniący prawa obywateli. W innym przypadku parlament, nawet w znacznej mierze profesjonalny potrafi stać się zagrożeniem dla wolności jednostki, praw osoby ludzkiej, życia, zdrowia, gospodarki, moralności, normalności i co tam kto jeszcze chce dodać. Problemem jakiegokolwiek parlamentaryzmu nie jest brak profesjonalizmu reprezentantów czy zła dyscyplina wewnętrzna, ale to że parlament ma w większości krajów władzę absolutną, a zupełnie nie jest do niej stworzony. On ma być dodatkową ochroną jednostki. Stąd zgadzając się, że proponowane rozwiązania zwiększą profesjonalizm parlamentarzystów, uważam iż osiągnięcie tego celu nie przyniesie naprawy ustroju. (pytanie i opinia cytowane z nieznacznymi skrótami z Serwisu kosciol.pl, autor J.J. Skoczylas)

Jeżeli obawiać się niebezpieczeństw ze strony tego organu władzy, to dlatego, że niejednokrotnie zdarza się, że jego posłowie zajmują się akurat nie tym, czym powinni. Ferują swoiste „wyroki” moralne wobec polityków i innych postaci publicznych zamiast pracować nad stworzeniem lepszych praw (a do tego jednak potrzeba fachowców, niebezpieczni są właśnie dyletanci!).
Możemy spierać się o szczegóły roli parlamentu oraz zakresu jego władzy. Jednak profesjonaliści będą w nim potrzebni bez względu na to, jaki ustrój polityczny będzie istniał w kraju. Każdy bowiem ustrój potrzebuje fachowców i żaden nie potrafi się bez nich obejść, jeśli ma funkcjonować jako tako prawidłowo. Nawet gdyby założyć, że parlament nie powinien posiadać ogromnej władzy, lecz być jedynie reprezentacją zapewniającą dodatkową ochronę jednostki, to i taką rolę lepiej spełnią fachowcy niż dyletanci. Osobiście nie spotkałem jeszcze ani jednego demokraty, nie-demokraty czy anty-demokraty, który twierdziłby, że organ ustawodawczy (obojętnie jak by się on nazywał i jak daleko sięgałyby jego kompetencje) nie powinien składać się z profesjonalistów, lecz że powinni zasiadać w nim dyletanci. Potrzeba reformy zmierzającej do zwiększenia profesjonalizmu deputowanych jest zatem koniecznością, a już zwłaszcza w warunkach prawnego i gospodarczego nieporządku oraz w przypadku posiadania przez parlament ogromnej władzy ustawodawczej.


9. Do tej pory w każdym okręgu działały biura poszczególnych posłów, umożliwiające kontakt wyborcy z jego reprezentantem. Jeśli proponowany tu system zostanie wprowadzony, to oznacza to, że będą okręgi wyborcze, z których żaden kandydat nie wejdzie do sejmu. Co stanie się wtedy z biurami poselskimi?

Nie byłoby żadnych biur poselskich czy senatorskich. Zamiast nich istniałyby Biura Parlamentarne istniejące w każdym okręgu, bez względu na to, czy posiada on swoich posłów czy nie. Jaka jest różnica? Są zasadniczo dwie różnice: biuro poselskie to biuro konkretnego posła. Biuro parlamentarne to biuro parlamentu. Biur poselskich jest tyle ilu jest posłów, biur parlamentarnych byłoby co najmniej tyle ile jest okręgów. Posłów jest 460, okręgów yborczych jest 41. To oznaczałoby, że minimalna liczba biur parlamentarnych wynosiłaby 41. Jeżeli miałoby się jednak okazać, że ta liczba mogłaby być zbyt mała, to możnaby w niektórych większych okręgach stworzyć po 2, 3 lub nawet 4 takie biura. Wydaje się jednak, że liczba ta nie przekroczyłaby 100 lub najwyżej 150.


10. Jaka wobec tego jest różnica funkcjonowania między biurem poselskim a biurem parlamentarnym?

Jak zaznaczono powyżej, biuro poselskie jest biurem konkretnego posła w okręgu, z którego zostanie on wybrany. Biuro sejmowe będzie biurem Sejmu RP w danym okręgu, a nie jedynie buirem konkretnego posła. Różnica będzie widoczna już gołym okiem. W obecnej chwili działa 460 biur poselskich w całym kraju. Niejednokrotnie zmieniają one swoje adresy, co cząsto poprostu utrudnia zlokalizowanie ich. Dodatkowo, gdy poseł kończy swą pracę w Sejmie, likwidowane jest jego biuro, a nowy poseł z reguły otwiera swoje własne gdzie indziej. Jeżeli – jak to wygląda obecnie – z jednego okręgu statystycznie jest ponad 10 posłów, to praktycznie nikt nie wie gdzie ich wszystkich szukać.

Dla kontrastu, biura parlamentarne jako większe i ulokowane na stałe w tych samych miejscach, będą łatwo widoczne i łatwo będzie się z nimi kontaktować, nawet jeśli akurat posłowie będą tam nieobecni. Stały personel (powtórzmy to jeszcze raz: stały, a nie dorywczy, na jedną kadencję lub wręcz tylko na pewien jej wycinek czasowy…) będzie dobrze zaznajomiony z procedurami parlamentarnymi oraz z zakresem spraw, w jakich posłowie mogą być pomocni w rozwiązywaniu zgłaszanych problemów. Generalnie większość spraw, z jakimi obywatele zgłaszają się do parlamentarzystów, nie podlega ich gestii. W szeregu pomniejszych spraw pomoc będzie mógł okazać sam personel biura parlamentarnego.

Za pośrednictwem takiego biura będzie można kontaktować się nie tylko z jednym posłem, ale z dowolnym posłem oraz w ogóle z Sejmem lub poszczególnymi jego komisjami. Posłowie wizytujący dany okręg, będą tam przyjmować interesantów, gdyż stworzone tam zostaną po temu odpowiednie warunki. Dodatkowa korzyść płynie z faktu komasacji siedzib poszczególnych posłów w jednym miejscu. Obecnie biura poselskie rozmieszczane są na chybił-trafił, nieraz w wyjątkowo nieodpowiednich i mało widocznych miejscach. Biura sejmowe, służące Sejmowi jako całości oraz poszczególnym posłom, byłyby lepiej ulokowane, większe i lepiej wyposażone. Dodatkowo wynajem większej powierzchni w jednym miejscu jest z reguły tańszy niż wynajem szeregu małych, nieatrakcyjnych powierzchni w rozmaitych miejscach.


11. Powyższa ordynacja jest typem systemu większościowego, nie dopuszcza ona możliwości zastosowania systemu proporcjonalnego. Oznacza to, że w parlamencie niemożliwe będzie odzwierciedlenie proporcji rzeczywistego poparcia, jakim cieszą się poszczególne partie polityczne wśród wyborców w skali całego kraju. Czy istnieje w tym systemie jakikolwiek aparat, który potrafiłby zapewnić nieco większe odbicie woli wyborców w tym zakresie?

Proponowany system generalnie jest typem ordynacji większościowej, jednak nie ma nic wspólnego ani z klasycznie pojmowaną zasadą większościową ani proporcjonalną. Typowy system większościowy lub proporcjonalny istnieje tam, gdzie gwarantowane są miejsca z okręgów wyborczych. Według tej klasycznej zasady większościowej kto wygrywa wybory w swoim okręgu, wchodzi do parlamentu. Według klasycznej zaś zasady proporcjonalnej – mandaty są rozdzielane (według przelicznika) pomiędzy partie, które uzyskały największe poparcie i to one decydują którzy z ich kandydatów wchodzą do parlamentu (sami wyborcy niewiele mają tu do powiedzenia…).
W proponowanym tu systemie nie ma takiego warunku, gdyż kandydat ubiega się nie o miejsce z okręgu, ale o miejsce w konkretnej komisji sejmowej, o dostaniu się do której decyduje porównanie wyniku danego kandydata z wynikami innych kandydatów (również z innych okręgów) starających o miejsca w tej samej komisji. Jak wyjaśniono już w punkcie 7, istotą proponowanego tu rozwiązania jest wybranie możliwie najlepszych kandydatów, a nie faworyzowanie jakiejkolwiek partii politycznej, w tym faworyzowanie jej czy to w sposób większościowy czy też w proporcjonalny.
Natomiast prawdą jest, że to rozwiązanie jest bliższe dotychczas rozumianemu systemowi większościowemu niż proporcjonalnemu. Istotą jego jest bowiem przesunięcie punktu ciężkości na umiejętności kandydata, a nie troska o zapewnienie proporcji partiom politycznym.
Celem bowiem jest tutaj jakość parlamentu, a nie odmalowywanie mozaiki politycznej. Jednak owa bliskość tradycyjnemu systemowi większościowemu nie oznacza istnienia cech uznawanych za wady takiego systemu.
Słabością dotychczasowych systemów wyborczych jest to, że ustanawiane są one z myślą o sposobie liczenia głosów i przydziale mandatów, a ściślej z wyobrażeniami co do tego, który sposób liczenia jest sprawiedliwszy, a nie z myślą o wyłonieniu najlepiej przygotowanych do pełnienia funkcji publicznych. Ogromną energię zużytkowano na tworzenie skomplikowanych nieraz metod obliczania głosów, by w końcu i tak skonkludować, że żaden nie jest w pełni zadowalający. Po co zatem marnować czas na wymyślanie rzeczy niezadowalających? Czy nie lepiej po prostu skupić się na jakości kandydatów zamiast na metodach liczenia? Jakie to nieraz są metody i ile już ich powstało, można wyczytać choćby tutaj http://homepages.nyu.edu/~mrg217/es_published.pdf
Pomysł proponowany powyżej nie wymaga geniuszu. W istocie jest on w tak oczywisty sposób prosty, że nie ma chyba człowieka na tej planecie, któryby nie potrafił nań wpaść. Jednak nie jest on proponowany, gdyż na ogół myśli się o wszystkim, tylko nie o próbie wpisania w ordynację reguły gwarantującej jakość wybieranych deputowanych. Próbowano niemal wszystkiego, łącznie z gwarantowaniem proporcji kobiet w parlamentach, czy to perswadując posłów-mężczyzn (lub nawet im nakazując), by zrzekali się swych miejsc na rzecz żeńskich kandydatek. Tak, nawet o tym w niektórych krajach już się myśli, czyli mówiąc wprost, bez owijania w bawełnę: pomyślano nawet o proporcjach reprezentowania płci w parlamencie. Tylko nie o tym, by wybierać najlepiej przygotowanych!


12. Jaki będzie – konkretnie i dokładnie – system głosowania i podliczania oddanych głosów? Co to konkretnie oznacza, że proponowana ordynacja będzie „bliższa systemowi większościowemu niż proporcjonalnemu” ?

Tu udzielimy najdłuższej odpowiedzi w porównaniu do danych do tej pory. Proszę uzbroić się w cierpliwość, gdyż dokonamy tu porównania i objaśnienia znanych systemów obliczania głosów, by poprzez porównanie z nimi wytłumaczyć czym różnią się one od proponowanego tu, zupełnie nowego, pomysłu.

Systemy ordynacji dzielą się, z grubsza, na dwa: proporcjonalny oraz większościowy. Istnieją też systemy mieszane, zawierające elementy jednego i drugiego rodzaju. System większościowy to taki system, w którym wybory wygrywa kandydat legitymujący się nawiększą liczbą oddanych nań głosów.
System proporcjonalny natomiast to taki system, w którym głosy oddane już nie tyle na poszczególnych kandydatów lecz całe listy kandydatów danej partii sumowane są ze sobą i porównywane z sumą głosów oddanych na kandydatów partii konkurencyjnych. Za pomocą przeliczników opracowanych przez matematyków ustala się następnie proporcje, w jakich mandaty są rozdzielane poszczególnym partiom. Decyduje zatem nie tyle liczba głosów oddanych na kandydata, ile głosów oddanych na partię, którą on reprezentuje. Kandydat może uzyskać mandat parlamentarny jeśli otrzyma dużą liczbę głosów lub też jeśli reprezentowana przezeń partia desygnuje go do parlamentu po uzyskaniu mandatów. To partia decyduje, którzy spośród jej kandydatów otrzymają wywalczone w trakcie kampanii mandaty.

System proporcjonalny nie wchodzi w naszym wypadku w rachubę w ogóle, gdyż niemal całkowicie uniemożliwia ocenę poszczególnych kandydatów pod względem ich indywidualnej przydatności do pełnienia funkcji parlamentarnej, dlatego nim nie będziemy się tu prawie w ogóle zajmować. Natomiast system większościowy wymaga bliższego przedstawienia, jako że proponowana tu ordynacja ma wiele z nim wspólnego.
W systemie większościowym stosunkowo najlepsze jest rozwiązanie zwane jednomandatowymi okręgami wyborczymi, w którym istnieje większa szansa przyjrzenia się poszczególnym kandydatom niż ma to miejsce w jakimkolwiek systemie proporcjonalnym. System jednomandatowy zmusza partie polityczne do wystawiania jednego kandydata na okręg, w wyniku czego cała lista kandydatów szystkich partii jest niewielka. Umożliwia to wyborcom lepsze rozeznanie i bardziej świadomy wybór.

Wadą niektórych systemów większościowych jest zjawisko t.zw. „straconych głosów”, to jest głosów oddanych na kandydatów innych niż zwycieżca – a niejednokrotnie na innych kandydatów głosuje w sumie większość. Rezultatem jest często mniejsza frekwencja wyborcza w systemach większościowych niż w proporcjonalnych. Ze wszystkich systemów większościowych najwłaściwszym wydaje się system „alternatywnego wyboru” (alternative vote”), którego dobrym przykładem jest ordynacja wyborcza do niższej izby parlamentu („Izby Reprezentantów”) w Australii. System ten minimalizuje wspomniane zjawisko „głosów straconych”.

Przyjrzyjmy się zatem systemowi australijskiemu, jako że podobne rozwiązanie proponujemy również tutaj:

BallotKarta wyborcza otrzymywana przez wyborcę australijskiego (kliknąć ilustrację) zawiera listę nazwisk wszystkich kandydatów ubiegających się o mandat do Izby Reprezentantów („House of Representatives”) będącej odpowiednikiem Sejmu, a obok nich widnieją „okienka”. Wyborca musi ponumerować wszystkie nazwiska kandydatów od „1” do ostatniego, np „10” (jedynka oznacza tego kandydata, którego wyborca życzy sobie widzieć w parlamencie najbardziej, dziesiątka tego, którego najbardziej sobie tam nie życzy). Wybory do Senatu odbywają się podobnie, tyle tylko, że dodatkowo u góry widnieją podobne „okienka” obok nazw partii politycznych. Wyborca postępuje podobnie, numerując kandydatów. Albo zamiast tego może postawić „1” w okienku z nazwą partii. Taki głos jest tak samo ważny. Owa jedynka oznacza, że wyborca głosuje na kolejność preferencji opracowaną przez wytypowaną przez siebie partię, która zawczasu już „ponumerowała” wszystkich kandydatów (swojemu przyznając „jedynkę” oczywiście…). Jest oczywiście jedna znacząca wizualna różnica między kartą wyborczą do Izby Reprezentantów a tą do Senatu: wybory do Senatu są wyborami z okręgów wielomandatowych (będących całymi stanami), dlatego też senacka karta wyborcza jest bardzo dużam, mniej więcej 15 cm wysokości na około pół metra długości… Liczba kandydatów może być na niej znaczna, np w wyborach z 24 listopada 2007 zawierała ona – z samego tylko stanu Zachodnia Australia – nazwiska 54 kandydatów i kandydatek. Dla porównania zielona karta wyborów do Izby Reprezentantów (okręgi jednomandatowe), dla okręgu wyborczego Fremantle w Perth zawierała jedynie 8 (słownie: osiem) nazwisk osób kandydujących.

W jaki sposób wyłaniany jest zwycięzca? Obliczane są wszystkie „jedynki” („primary votes”) otrzymane przez poszczególnych kandydatów. Ten z nich, który otrzymał najmniejszą liczbę owych „primary votes” (nazwijmy go kandydatem „A”), odpada. Wówczas ze wszystkich głosów zawierających „primary vote” dla niego, oblicza się z kolei wszystkie „dwójki” („second preferences”) oddane na pozostałych kandydatów. Ponownie sumuje się uzyskane głosy i znowu któryś kandydat odpada (kandydat „B”). Powtarza się całą procedurę tak jak z głosami kandydata, który odpadł poprzednio. I teraz liczenie nieco się komplikuje:

Z puli głosów oddanych z jedynką na kandydata „B” pewna liczba zawiera „2” przyznaną kandydatowi „A”, który jest tym poprzednio wyeliminowanym. Te „dwójki” już nie są już przyznawane „A” właśnie dlatego, że już odpadł. Dlatego pod uwagę z tej liczby głosów zamiast „dwójek” bierze się „trójki” przyznane pozostałym kandydatom.

Teraz przypomnijmy sobie na moment „primary votes” oddane na kandydata „A”: „dwójki” tam przyznane były już liczone. Zatem teraz „trójki” są doliczane do głosów uzyskanych przez kandydatów pozostających – oczywiście za wyjątkiem „trójek” przyznanych kandydatowi „B” – zamiast których liczy się „czwórki”.

W praktyce – to jest, gdy fizycznie dokonuje się liczenia głosów – cała ta zasada nie jest wcale trudna. Ona jedynie w opisie wygląda na trudną. Tak czy owak w oczy rzuca się „schodkowość” takiego systemu podliczania głosów:
drugie preferencje przyznawane kandydatom mieszane są z trzecimi preferencjami przyznawanymi im przez innych wyborców oraz z czwartymi przyznanymi przez jeszcze innych wyborców itd. Stanowi to pewną komplikację, zwłaszcza, że preferencje wyższe (1,2,3…) stanowią swego rodzaju „głosy poparcia”, gdy w praktyce dalsze preferencje stają się już stopniowo coraz bardziej „głosami sprzeciwu” wobec kandydatów.

Tego rodzaju „schodkowego podliczania głosów” nie pojawia się w systemie głosowania proponowanym tutaj dla Sejmu (pojawi sią ona natomiast w wyborach do Senatu, gdyż wybory te będą miały cechy wyborów z jednomandatowych okręgów wyborczych). Zamiast niego istnieć będzie metoda równoległych zestawień:

ponieważ ostateczne podliczanie oddanych głosów odbywać się będzie na szczeblu ogólnopolskim dla każdej komisji sejmowej z osobna, to o tym, który kandydat uplasuje się wśród członków parlamentu decydować będzie liczba oddanych nań głosów, w szczególności owych „primary votes”. Co oznacza, że dokonane zostanie zestawienie – w podobny sposób jak w Australii – owych „jedynek” uzyskanych przez poszczególnych kandydatów. Jeśli owo zestawienie nie przyniesie rozstrzygnięcia (czyli: jeśli będą kandydaci legitymujący się jednakową liczbą oddanych na nich głosów), to wówczas nastąpi podliczenie wszystkich „dwójek” uzyskanych przez nich w ich macierzystych okręgach wyborczych. Jeśli i to porównanie nie da ostatecznego rezultatu, to wówczas zestawi się uzyskane przez nich „trójki”. I tak dalej, aż do wyłonienia zwycięzców. Proszę zwrócić uwagę, że za każdym razem jest to zestawienie „jedynek” uzyskanych przez kandydata z „jedynkami” uzyskanymi przez innych kandydatów, „dwójek” zawsze tylko z „dwójkami” itd. Czyli, że za każdym razem zestawiane będą ze sobą jedynie preferencje tego samego rzędu.

Dla samego wyborcy oddającego swój głos w lokalu wyborczym owe różnice w sposobach liczenia głosów dla Sejmu i Senatu nie będą jednak stanowiły żadnego problemu, gdyż na obu kartkach wyborczych (które dobrze byłoby różnicować kolorystycznie) będzie on robił dokładnie to samo: numerował nazwiska kandydatów według swoich preferencji.


13. Sporo miejsca poświęcono w niniejszych rozważaniach kwestii wyższości systemu wyboru-doboru profesjonalnemu kandydatów nad stosowanymi tradycyjnie systemami ordynacji wyborczych, w tym także systemu jednomandatowych okręgów wyborczych. Dlaczego w takim razie to właśnie wybrani w takim tradycyjnym systemie senatorowie mają być jurorami fachowców i ich fachowo dopracowanych ustaw? Przecież to oczywista sprzeczność! Po co mozolić się z wymyślaniem nowego systemu, jeśli w ostatecznym rozrachunku podporządkowany on będzie systemowi staremu?

Zacznijmy od tego, że ustrój każdego państwa posiada instytucje wyłaniane w różny sposób w zależności od tego, który z tych sposobów jest najodpowiedniejszy dla każdej z tych instytucji. Senat nie jest twórcą praw. On jest jedynie ich jurorem oraz sędzią. W realnym sądzie członkowie trybunału nie muszą przecież reprezentować profesji wszystkich sądzonych przez siebie obywateli oraz spraw, prawda? Wystarczy, jeśli znają prawo swego kraju i potrafią według tego prawa zakwalifikować czyn oskarżonego oraz rodzaj sprawy. Prezydent państwa też nie musi posiadać ukończonych wszystkich fakultetów, jakie tylko istnieją na uczelniach w jego kraju i nie musi być ekspertem we wszystkich dziedzinach…

Istotnie, powyżej poświęcono bardzo dużo miejsca na wyeksponowanie cech nowego w naszym kraju systemu. Nie jest to bowiem system praktykowany ani znany, stąd też konieczność bardziej szczegółowego zaprezentowania go. Gdy mowa zatem o „przesunięciu posadowienie systemu z regionalnego na ogólnokrajowy, a kryterium doboru parlamentarzystów z partyjnego na zawodowe”, to nie oznacza to, że ignorujemy regionalizm i znaczenie partii politycznych. Oznacza to natomiast, że znajdujemy metodę na zapewnienie profesjonalizmu gremium, które tworzy prawo państwowe w rozmaitych dziedzinach życia i funkcjonowania kraju. Dlatego właśnie w Sejmie zmiany te muszą pójść najdalej. Co do Senatu, to wystarczy przejąć dobrze sprawdzone procedury z innych krajów, z pewną tylko ich modyfikacją wynikającą ze specyfiki struktury polskiej państwowości. Te konkretne cechy przejęte zostały z modeli krajów anglosaskich, gdyż one właśnie posiadają systemy izb wyższych oraz ich korelacji z izbami niższami stosunkowo najbardziej wyrafinowane i przemyślane.


14. Jeżeli mandat poselski lub senatorski wygaśnie, na przykład za sprawą śmierci posła lub senatora albo na skutek odebrania mu immunitetu i wykluczenia z parlamentu, to w jaki sposób mandat ten zaistnieje na nowo: czy poprzez zorganizowanie wyborów uzupełniających w danym okręgu wyborczym?

Nie. Mandat przejdzie w takim wypadku automatycznie w ręce tego kandydata, który uplasował się w wyborach bezpośrednio za parlamentarzystą tracącym mandat.

Michał Monikowski
Perth, Australia


Działania

Information

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s




%d bloggers like this: