Niepokoje w Warszawie – 1861

22 07 2009

KongresowkaW części 6 artykułu „Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami” wspomniany został artykuł „Niepokoje w Warszawie” („Die Unruhen in Warschau”) opublikowany w „Süd-Australische Zeitung” Nr 3 z dnia 8 stycznia 1862 roku, a odnoszący się do sytuacji w Polsce na krótko przed wybuchem Powstania Styczniowego. Jego tekst zachowany jest na mikrofilmach Biblioteki Stanowej Południowej Australii w Adelaide. Poniżej prezentujemy ten artykuł w jego pełnym polskim tłumaczeniu wraz z dodatkowymi informacjami. Tekst ten publikujemy za zgodą Biblioteki Stanowej Południowej Australii w Adelaide. 

Wprowadzenie

W tekście zawarte jest parokrotne odniesienie do „wysłania poczty październikowej”, co jest prostym następstwem sposobu, w jaki wysyłano wówczas informacje. Najpoźniejszą datą wymienioną w tekście jest 19 października 1861 roku, co oznacza, że krótko później poczta zawierająca prasę niemiecką została wyekspediowana drogą morską do Australii, najprawdopodobniej z Hamburga lub Bremerhaven. Unruhen in WarschauBiorąc pod uwagę fakt, ze transport odbywał się wokoł całej Afryki, a artykuł tu prezentowany ukazał się w Południowej Australii 2 stycznia 1862, czas trwania rejsu był stosunkowo krótki (2 miesiące) w porównaniu do czasu rejsów statków pasażerskich (3-4 miesięcy). Trzeba tez pamiętać, że na podstawie nadesłanych materiałów należało dopiero napisać tekst już w Australii. Pośpiech temu towarzyszący daje się zauważyć podczas uważnej lektury artykułu. Informacje podane w poniższym materiale sprawiają wrażenie spisywanych „na gorąco”, przez co niewątpliwie zyskują one na autentyczności. Jest to jednak po większej mierze spowodowane wspomnianym tu pośpiechem, uniemożliwiającym redaktorom uporządkowanie wszystkich faktów w kolejności.

Autentyzmem tchnie wiele przytoczonych faktów.  I tak podczas wymieniania anonimowych ofiar terroru podano dokładne szczegóły, pochodzące niewatpliwie od świadków wydarzeń, na przykład „pewna matka, wraz z dwoma chlopcami w wieku 14 i 9 lat”, „pewien starzec, który z trudem chodził”, „furman wiozący sól kamienną” itd. Wymieniane są z nazwisk osoby mało dziś znane i pamiętane jak „dr Helbich” czy „pastor Otto”.

W tłumaczeniu tekstu nie wprowadzano żadnych zmian, lecz przełożono go w sposób na tyle dosłowny, na ile bylo to możliwe. Tak więc, gdy na przykład w pewnym momencie mowa była o śmierci spowodowanej przez „Apoplexie des Gehirns”, przetłumaczono ten zwrot dosłownie – zgodnie z ówczesną modą – jako „apopleksja mózgu” zamiast stosowanego współcześnie określenia „wylew krwi do mózgu”. W jednym tylko miejscu słowo „kościołów” zamieniono na „świątyń”. W kilku miejscach w nawiasach podane są oryginalne sformułowania lub pisownia nazwisk obok polskiej. Zachowano także oryginalną długość złożonych niekiedy zdań. Tylko w jednym wypadku rozbito nazbyt długie zdanie na dwa odrębne w celu ułatwienia czytania.

Dla większej klarowności tekstu i czytelnosci poszczegolnych wątkow wprowadzono takze podział na akapity przy pomocy jednoliniowych odstępow, ktorych brak w oryginale. Na koniec zaś umieszczono w niniejszym tlumaczeniu kilka ilustracji, ktorymi są – w kolejności –  winieta „Süd-Australische Zeitung”; portret gen. Gorczakowa; obraz J. Matejki „Zakuwana Polska”; kościół Karmelitow; fotografia wnętrza kościoła Św. Krzyza; obraz W. Kossaka „Czerkiesi na Krakowskim Przedmieściu”; fotografia przedstawiająca margrabiego Wielopolskiego oraz grafika A. Grottgera „Kucie kos”.

Dodatkowe informacje pomagające w lepszym naświetleniu tła omawianych w artykule wydarzen podano, dla wygody Czytelnikow, w przypisach.

Sudaustralische Zeitung 

„Sud-Australische Zeitung”, Nr 3, 8 stycznia 1862, strona 1-2

 

„Die Unruhen in Warschau”

(ze źrodeł niemieckich)

Jak wiadomo, będąca pod dominacją rosyjską część niepodległego niegdyś Królestwa Polskiego, od początku istnienia narodowego włoskiego ruchu zjednoczeniowego, powodowana łatwo wytłumaczalną sympatią don, pozostaje w stanie stałego fermentu (1).

391px-Michael_GortschakowJuz w marcu zeszłego roku antyrosyjskie wiece w stolicy odbywały się z takim nasileniem, ze rosyjski gubernator, książę Gorczakow („Gortschakoff”) (2) czuł sie zmuszony do zarządzenia okupacji wojskowej tejże, rozmieścił silne oddziały wojskowe na ulicach i stłumil wszelkie manifestacje patriotyczne z tak żelazną siłą, że zniewolony naród, pobudzony przez okrutny ucisk do nowych ekscesów, prowokował wojsko w sposób szybko wyczerpujący cierpliwość tego ostatniego i powodujący krwawe sceny, do których niechętnie powraca się myślami.

Wkrótce potem książę Gorczakow zmarł i to w dużej mierze z poirytowania faktem udaremnienia przez polski upór jego planu uspokojenia kraju. Jego miejsce zajął szczególnie odpowiedni z racji swych umiejętności dyplomatycznych oraz popularności wsrod narodu polskiego hrabia Lambert (3), który miał nadzieję ugasić płomień rozruchów i uspokoić ogólne niezadowolenie cierpliwością, względami na narodowe uprzedzenia oraz odwołaniem się do rozsądku.

Gdyby hrabia Lambert działał sam, to jego dobroczynne (w oryginale: „menschenfreundliche”) wysiłki przyniosłyby zapewne owoce. Jednakże miał on wokół siebie równych sobie stanem generałów i inne osobistości wojskowe, nad którymi nie posiadał autorytetu, toteż mieszkańcy Warszawy oraz ludność całej okolicy straszliwie ucierpiały od brutalnego usposobienia półdzikich żołnierzy rosyjskich. Jest rzecza zrozumiałą, że w tych okolicznościach idea lojalności i przywiązania do rosyjskich rządów nie mogła poczynić postępu.

Matejko, Zakuwana PolskaPrzez całe lato władze rosyjskie miały do czynienia częściowo z poważnymi, a częściowo ze śmiesznymi wiecami, które jednak zawsze tchnęły jednym i tym samym duchem i miały wciąż jeden i ten sam cel, czyniąc ostateczne zespolenie obu narodów coraz trudniejszym i niemożliwym do przeprowadzenia. W końcu ruch narodowy osiągnał w październiku swe apogeum, toteż hrabia Lambert poczuł się zmuszony do zastosowania najostrzejszych środków. Nie doznały one oczywiście żadnego złagodzenia przez surowy sposób ich wprowadzania przez władze wojskowe.

Przedstawione poniżej, a  pochodzące z rozmaitych gazet, opisy odtwarzają prawdziwy obraz tamtejszej sytuacji w momencie wysyłania poczty październikowej.

Począwszy od 14 października obowiązuje w Królestwie Polskim stan wojenny. Wiadomość ta nie może zaskakiwać po wszystkich owych demonstracjach i ekscesach inicjowanych przez stronę polską. Rozstrzygającym okazało się jednak zgromadzenie w Horodle (położonym w guberni lubelskiej) (4). Tam, jak wiadomo, miała się odbyć wielka demonstracja narodowa zorganizowana przez wszystkie rody polsko-litewskie i zamierzało wziąć w niej udział pięć tysięcy ludzi, w tym biskup lubelski.

Demonstracja ta, udaremniona przez zdecydowaną interwencję rosyjską, miała zostać zainscenizowana ponownie 14 października. Zapobiegło temu wprowadzenie przez rząd rosyjski stanu wojennego w całym królestwie. Place publiczne w Warszawie pokryły się namiotami wojskowymi. Surowo zakazane zostały wszelkie demonstracje polityczne i kościelne, zgromadzenia na dziedzińcach kościelnych, niezwyczajne odzienie oraz znaki załoby. Obie resursy zostały zamknięte; kawiarnie, cukiernie i winiarnie musiały być zamykane o 9:00 wieczorem, a karczmy sprzedające gorzałkę oraz miejsca rozrywek niższych klas społecznych miały pozostawać całkowicie zamknięte. Zabroniono studentom wizytowania miejsc publicznych. Jednocześnie wprowadzono surowe regulacje paszportowe i nakazano wydanie wszelkiej broni w ciągu 48 godzin.

Jednak wbrew wyraźnemu zakazowi i stanowi wojennemu została zorganizowana tego dnia w Warszawie demonstracja upamiętniająca Kościuszkę – 15 października przypada bowiem rocznica jego śmierci.

Aby zapobiec zawczasu spodziewanym niepokojom, policja zapowiedziała już poprzedniego wieczora oraz następnego rana, że każdy kupiec, który tego dnia, w rocznicę śmierci Kościuszki, nie otworzy swego sklepu, zostanie ukarany grzywną 100 rubli, a ponadto zostanie przekazany władzom wojskowym. Policja chodziła z tymi ogłoszeniami, naklejanymi również na rogach ulic, do wszystkich kupców, żądając, by się pod nimi podpisywali, czego ci jednakże odmawiali: „podpisujemy jedynie listy i weksle” – brzmiała ich odpowiedź.

Wiele sklepów pozostało jednak zamkniętych, wszystkie zaś kościoły wypełnione były ludźmi. Śpiewano, jak zwykle, pieśni narodowe. Piechota, Czerkiesi i Kozacy otoczyli kościoły i wypełnili ulice, aresztując i spędzajac bagnetami i kańczugami nie tylko wychodzących z kościołów, bez względu na wiek i płec, lecz i wielu ludzi znajdujących się na ulicach. Wielu miało zostac przy tym zabitych. Pastor Otto został ciężko raniony. Setki ludzi zostały odprowadzone z ulic do wszystkich możliwych posterunków i zamków, przy czym często ich maltretowano.

kosc karmelitowMężczyzni, kobiety i dzieci były aresztowane jeszcze o wpół do dziewiątej wieczorem i bite bagnetami. Irytacja muzułmanów, którzy dopiero niedawno opuścili stepy, nie znała granic. Około pierwszej liczni Czerkiesi wkroczyli do kościoła Świętego Krzyża, wywlekając stamtąd księży za włosy. Az do późna w nocy wojsko oblegało kościół katedralny, kościół bernardynów i kościół karmelitów. Zamknięte w nich były tysiące ludzi obojga płci (bez żywności); dzieci mdlały, nie wpuszczano ani nie wypuszczano stamtąd nikogo.

Dopiero następnego rana ludzi przetrzymywanych w kościołach odtransportowano pod silną eskortą do Cytadeli. Kobiety pragnące dzielic los męzczyzn zmuszane były do opuszczania kościołów. Dopiero w południe zwalniano wielu zatrzymanych. Od nich dowiadujemy się, jak surowo obchodzono się z aresztowanymi, których liczba sięga dwóch tysięcy.

Kościoły przedstawiały sobą w nocy osobliwy widok. Płonęły świece, odmawiano modlitwy, kobiety modliły się, wielu mdlało z głodu, gdyż nie jadło już przez prawie 24 godziny; jedynie nieliczne bochenki chleba oraz woda były rozdzielane wśród głodnych przez tych niewielu duchownych, którzy mogli wejść do kościołów pod strażą wojskową.

Kosc Sw Krzyza wnetrzeNiektórzy ze strachu probówali ucieczki przez dachy do sąsiednich budynków. Ścigali ich żołnierze z zapalonymi świecami zabranymi z katafalku zmarłego arcybiskupa. Jeden z uciekających miał zostać zrzucony z gzymsu.

Skarbony z katedry, jak również kosztowności, które obecni oddali na przechowanie duchownym w kościele bernardynów zostały wraz z dwoma kandelabrami zabrane przez wojsko. W końcu o piątej rano wojsko wtargnęło do kościołów po wysadzeniu bocznych drzwi. Bagnetami oraz pejczami wypędzano stamtąd dzieci i kobiety po zrewidowaniu ich toreb. Mężczyzn, traktowanych brutalnie, odprowadzono do Cytadeli, skąd część zwolniono, część jednak przetransportowano do twierdzy Modlin i jeszcze dalej. Katedra i kościół bernardynów, w których od kilku dni wystawione były zwłoki trzech osob, miały zostać opieczętowane na polecenie władz, wszystkie inne zaś kościoły i synagogi miały zostać zamknięte. Ulice opustoszały.

Następnego rana żaden kupiec nie odważył się otworzyć sklepu. Dopiero w ciągu przedpołudnia niektóre sklepy zostały częściowo lub całkowicie otwarte. Wciąż jednak Kozacy i Czerkiesi byli panami ulic. W obydwu niedawno odrestaurowanych teatrach oraz w budynkach gimnazjalnych skoszarowane było wojsko. Na placach wszędzie stały namioty, armaty i rakiety sygnalizacyjne. Aresztowania kontynuowane były pełną parą. O 4:00 po południu wybuchł pożar w zamku, został jednak szybko ugaszony.

O szczególach aresztu kościelnego z 15-go i odprowadzeniu uwięzionych do Cytadeli doniesiono co nastepuje:

CzerkiesiW kościele parafialnym pragnienie dawało się zebranym we znaki do tego stopnia, że wypili oni kilkutygodniową wodę święconą. Aby spotęgowac ich cierpienie, oficerowie zabawiali się wykrzykiwaniem pod adresem uwięzionych, że jeśli wyjdą na zewnątrz, zostaną zdziesiątkowani. W kościele bernardynów pojawił się w nocy parlamentariusz żądając, by oblężeni wyszli na zewnątrz i zdali się na łaskę i niełaskę generała Chrulewa („Chruleff”), uwięzieni jednak odmówili. W końcu o trzeciej żołnierze wyłamali zablokowane od wewnątrz drzwi i wtargnęli do kościoła z bagnetami przy dzikim okrzyku „hurra!”. Wtedy kobiety w pierwszych rzędach rzuciły się na kolana, trzymając w rękach krzyże.

Żołnierze przeszukali każdy zakamarek aż po dzwonnicę, wywlekając i bijąc ukrywających się. Dopiero o jedenastej przyniesiono w kubłach wodę, którą chciwie zaczęto nabierać rękami i czapkami. Tym zaś, którzy mieli ze sobą pieniądze, zezwolono na zakup napojów po wysokich cenach. Większość jednak przekazała wcześniej w kościołach swe rzeczy i precjoza kobietom, znała bowiem ludzką słabość żołnierzy rosyjskich jeszcze z czasów Gorczakowa.

O transakcjach handlowych nie można było w powyższych okolicznościach nawet myśleć, giełda również była zamknięta. Normalna działalność zamarła do tego stopnia, że rzadko w której restauracji można było dostać cokolwiek do jedzenia. Na wszystkich placach stały rozstawione armaty, a ich obsługa miała zapalone lonty.

W następstwie gwałtów popełnionych w kościołach, zostały one zamknięte przez duchowieństwo jako sprofanowane. Zapytywano się w wyższych sferach czy rzeczywiście istniał powód, by je zbezcześcić przez wprowadzenie do nich wojska? Ponieważ osoby uwięzione w kościołach i przetrzymywane w Cytadeli były zwalniane, więc wydawało się, że działano zbyt pospiesznie.

-ielopolskiNamiestnik wielokrotnie usiłował skłonić kapitułę katedralną do otwarcia kościołów, otrzymywał jednak za każdym razem odpowiedź odmowną. Rząd był wysoce zakłopotany tym najważniejszym i najbardziej zdecydowanym krokiem ze strony duchowieństwa, który wywołał najwyższe poirytowanie we wszystkich kołach. Hrabia Lambert i margrabia („Marquis”) Wielopolski (5) (na zdjęciu) podjęli co prawda wszelkie możliwe wysiłki, aby zapobiec decyzji zamknięcia kościołów, jednak całe duchowieństwo z administratorem archidiecezji na czele oświadczyło, że odwoła swoją decyzję jedynie po uzyskaniu gwarancji, że nie nastąpi dalsze bezczeszczenie świątyń przez rabunek i gwałt. Hrabia Lambert przysięgał na znak krzyża, że szturmowanie kościołów nastąpiło bez jego wcześniejszej wiedzy i obiecał udzielenie żądanej gwarancji.

O negocjacjach donosi korespondencja z 19 października:

„Sytuacja jest krytyczna. Duchowieństwo nie otwarło kościołów i jeśli będące w toku negocjacje między kapitułą katedralną i konsystorzem z jednaj strony a Lambertem i Wielopolskim z drugiej nie przyniosą, jak na to wygląda, żadnego rezultatu, to możemy się spodziewać kolejnych rozruchów, jako że władze zapowiedziały już urzędową proklamacją użycie broni w wypadku większych zgromadzeń przed kościołami. Jeszcze dziś w południe sytuacja wygladała tak, że w pismach publicznych („durch die öffentlichen Blätter”) namiestnik udzielił zgody na śpiewanie „Boże, coś Polskę”, zażądał jednak natychmiastowego otwarcia kościołów, duchowieństwo zaś ze swej strony zażądało uwolnienia wszystkich zatrzymanych oraz zgody na śpiewanie wspomnianej pieśni.

W międzyczasie ukazały się wszystkie pisma bez upragnionej zapowiedzi; dlatego też głowny komendant policji, Piłsudski („Oberpolizeimeister Pilsudzki”), awansowany właśnie z pułkownika na generala-majora, ogłosił powyższe ostrzeżenie.

Spośród aresztowanych 15-go i 16-go 9/10 zostało już zwolnionych; przeciw pozostałej w areszcie znikomej części mają zostać, według zapowiedzi Lamberta, wysunięte rozmaite oskarżenia. Najwyraźniej zatem nie zostali oni aresztowani w kościele, jak – zapewne słusznie – zauważa duchowieństwo. W ciągu ostatnich dwóch dni ulice miasta były spokojne. Wieczorem robi się cicho o wiele wcześniej niż zwykle, a po dziewiątej, gdy wszyscy chodzić już muszą z zapalonymi latarniami (6). Warszawa, zazwyczaj tętniąca życiem aż do późnej nocy, zdaje się być opustoszała.”

Następnej niedzieli Domy Boże pozostały jednak wciąż zamknięte. Ludzie modlili się na ulicach przed drzwiami kościołów. Przetrzymywanie aresztowanych trwało dalej; wśród zatrzymanych znajdowali się poza innymi osobistościami  również syn hrabiego Zamojskiego oraz bankier Töplitz. Od 500 kupców zażądano zapłacenia owych 100 rubli grzywny, gdyż 15 października, wbrew wyraźnemu zakazowi, nie otworzyli sklepów. Kary wszelkiego rodzaju, czy to za brak latarni czy za podejrzany wygląd, stawały się coraz dotlkiwsze. Pewna matka, wraz z dwoma chłopcami w wieku 14 i 9 lat, szła z latarnią do domu; chłopcy zostali aresztowani, a matka odpychana była uderzeniami kolb, zdołała ona jednak przepchnac się do szeregu aresztowanych. Pewien starzec, który z trudem chodził, został oderwany od dwóch prowadzących go kobiet i dołączony do zatrzymanych. 19-go pewien furman wiozący sól kamienną został obrabowany przez żołnierzy na Placu Grzybowskim, a gdy sie poskarżył, dostał w odpowiedzi 100 batów.

Duszą wszystkich tych bohaterskich wyczynów był generał Chrulew; pewien oficer opowiadał, że znalazł się niemalże w niebezpieczeństwie zostania ukaranym przez generała Chrulewa, gdyż zamierzał powstrzymać swych żołnierzy od bezdusznego bicia. Generał Łowszyn („Lowszin”), który zwolnił w środę 1000 zatrzymanych, został zganiony jako „zdrajca”, w wyniku czego doznał apopleksji mózgu, w nastepstwie której zmarł. Generał Paulucci, znany z dni marcowych tego roku, został usunięty z dowodzenia Cytadelą, gdyż również tam zaczął postępować w ludzki sposób.

Poważni ludzie o dobrej reputacji („Männer von Achtung und Ruf”) byli bici na ulicach przez żołnierzy z powodu posiadania laski lub z powodu innego przewinienia, między innymi również angielski wicekonsul White, ten jednakże stawił twardy opór i w końcu doprowadził do aresztowania Kozaka, który go napadł.

Zrywano ludziom z głów kapelusze, jeśli nie odpowiadały oficjalnej formie. Wszystkim urzędnikom wydano nakaz zgolenia wąsów oraz noszenia mundurów i płaszczy wojskowych. Bardzo szanowany i leciwy dr Helbich został straszliwie pobity pejczami przez Kozaków, przyczyna tego pozostaje nieznana.

Przeciw karze 100 rubli za zamknięte sklepy w dniu Kościuszki, wszyscy kupcy złożyli protest. W międzyczasie we władzach nastąpiła znacząca zmiana. Gubernator wojenny oraz dyrektor komisji spraw wewnętrznych, generał Gerstenzweig i komendant miasta, generał Chrulew, zostali z tytułu swego postępowania surowo zganieni i pozbawieni swych stanowisk.

Na temat sytuacji w mieście w momencie wysyłania poczty pewna prorosyjska gazeta donosi co następuje:

Kucie Kos„W Cytadeli ma znajdować się 2000 aresztowanych. Sąd wojenny miał już skazać na śmierć kilku oficerów, którzy byli 15-go w kościele, gdyż wbrew Proklamacji wzięli oni udział w tamtejszych uroczystościach i zostali schwytani. Podobny los czeka duchownych, którzy z krzyżami w rękach nawoływali do oporu; jednakże egzekucje, choć się o nich mówi, jeszcze nie miały miejsca w Cytadeli. – Na prowincji ma być niespokojnie. Istnieje jednak nadzieja, że rząd opanuje sytuację.”

Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami część6część1

Przypisy

1. Aluzja do sytuacji we Włoszech mniej więcej w tym samym czasie. Sardynia doprowadziła do zjednoczenia  Włoch w 1859 roku. Motorem tych działań był Camillo Benso, hrabia Cavour. W tymże roku, po uzyskaniu poparcia Anglii i Francji, udało się zająć Lombardię (w sojuszu cesarzem Napoleonem III). Na południu Włoch z kolei Giuseppe Garibaldi zajał całą południową część półwyspu Apenińskiego. Przekazał on ją następnie królowi Wiktorowi Emanuelowi i w lutym 1861 (czyli na kilka tygodni przed wspomnianymi tu wydarzeniami marcowymi w Warszawie) proklamowano powstanie Królestwa Włoch. W następnych latach do tego królestwa dołączono Wenecję w 1866 roku (przy poparciu Prus) oraz Rzym (1870).

2. Książę Michaił Gorczakow  (17931861), generał armii carskiej. W armii rosyjskiej od 14 roku życia (1807). Brał udział w wojnie przeciw Persji (1810) i Francji (1812-15), następnie przeciw Turcji (1828-29). Brał udział w wojnie polsko-rosyjskiej (1830-31), w 1831 roku został ranny w bitwie pod Grochowem. Walczył także pod Ostrołęką oraz pod Warszawą. Za udział w tych walkach awansowany na generała. W 1846 roku został gubernatorem wojskowym Warszawy. W roku 1848 (Wiosna Ludów) walczył przeciw Węgrom. Potem jeszcze wziął udział w Wojnie Krymskiej. Namiestnikiem warszawskim został w 1856 roku. W ten sposob Gorczakow zastąpił swego poprzednika na tym stanowisku, gen. Iwana Paskiewicza, który tę funkcję pelnił od 1831 roku. Gorczakow zmarł w maju 1861 roku w Warszawie, pochowano go natomiast w Sewastopolu.

3. Karl Lambert. Nie od razu jednak Lambert zastąpił Gorczakowa. Na krótko bowiem namiestnikem został Mikołaj Suchozanet (1861). Lambert równiez nie dzierżył tej funkcji długo. Po nim namiestnikem był Aleksander Lüders (1861-62), potem brat cara, Konstanty Mikołajewicz (1862-63) i dopiero później na dłużej został nim Fiodor Berg (1863-74).

4. Nie po raz pierwszy Horodło miało odegrać rolę w historii Polski i Litwy. W roku 1413 zawarta została tam unia polsko-litewska (Unia Horodelska), która dokonała pewnych zmian postanowień wcześniejszych unii w Krewie (14.8.1385) oraz wileńsko-radomskiej (1401).

5. Aleksander margrabia Gonzaga-Myszkowski, hrabia Wielopolski (ur. 13.3.1803 w Sędziejowicach k. Pińczowa, zm. 30.12.1877 w Dreźnie). Studiował prawo w Paryżu, filozofię w Getyndze. Podczas Powstania Listopadowego w służbie dyplomatycznej (próbował daremnie uzyskać pomoc brytyjską dla Polski). Amnestionowany przez władze carskie w 1833 wraca z Krakowa do zaboru rosyjskiego. Zafrapowany tezą St. Staszica ( „Opuścił nas Zachód, nie chciał mieć w nas wdzięcznych sprzymierzeńców: będzie w nas miał zjednoczonych w słowiańszczyźnie z Rosją – panów”) pisze do Klemensa Metternicha, czołowego dyplomaty austriackiego XIX wieku („List szlachcica polskiego do księcia Metternicha”), wyrażając po raz pierwszy swe prorosyjskie stanowisko.

Chciał, uznając władzę cara, zapewnić polskie prawa w postaci polskiej administracji, szkolnictwa i odrębności Królestwa. Mianowany dyrektorem wyznań religijnych i oświecenia publicznego w 1861 r. Przeprowadzał reformy oświaty, administracji i rolnictwa, zwalczane przez namiestnika Lüdersa. Mianowany przez Aleksandra II  naczelnikiem rządu cywilnego Królestwa na wiosnę 1862 r. Stracił poparcie rosyjskie w momencie wybuchu Powstania Styczniowego, gdyż wybuch ten przypisywali Rosjanie reformom Wielopolskiego. Podał się wkrótce do dymisji. Car zezwolił Wielopolskiemu na leczenie i na emigrację do Niemiec, na którą udał się on 14 lipca 1863 r. w ścisłej tajemnicy.

6. W ówczesnych czasach wieczorami wychodzono na ulice miast z małymi latarniami. Miasta nie były wówczas tak dobrze oświetlone nocą. Patrz również w relacji poniżej w tekście.

 

 

 





Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami – część 6: Wątki polskie i Epilog

21 07 2009

PICT0854Byłoby rzeczą wręcz nieuczciwą wobec polskiego czytelnika, gdyby powyższa historia nie została zakończona wątkami polskimi, których jej nie brakowało. Niektóre z nich zostały już zresztą wspomniane: to terytoria i miejscowości, z których emigrowano. Owi niemieccy luteranie pochodzili właśnie z terenów dawniejszej i dzisiejszej Polski. Nie pozostało to bez wpływu na ich indywidualne związki z Polakami z tych samych terenów, ale także na początki polskiej emigracji do Australii. Poniżej prezentujemy kilka takich wątków. (ilustracja Polish Hill River road sign)

Początki polskiej emigracji do Australii – i to właśnie do Południowej Australii –  pozostają bowiem w ścisłym związku z opisaną powyżej emigracją pruskich luteranów  z Wielkopolski i Dolnego Śląska. To właśnie wielkopolscy i dolnośląscy Niemcy stali się pionierami przecierającymi szlak nieco tylko późniejszej polskiej emigracji do Australii, tak jak z kolei wielkopolscy Polacy byli pionierami zorganizowanej, grupowej polskiej emigracji do tego kraju. Stało się tak tym bardziej, że tak jedni jak i drudzy pochodzili z tych samych rejonów, a czasem nawet z tych samych lub sąsiednich miejscowości (np. Dąbrówka i Dąbrówka Mała, czyli „Gross Dammer” i “Klein Dammer”). Nie brakowało małżeństw mieszanych, zawieranych czy to jeszcze w Europie czy też już w Australii.

Nazwiska…

Copy of PICT0877_edited_editedWśród Niemców nie brakowało zatem osób polskiego pochodzenia i to już wśród tych, którzy przybywali jako pierwsi. Odnajdujemy nazwiska o polskim brzmieniu wśród pasażerów pierwszych żaglowców, o których była mowa wcześniej. Tak więc na pokładzie “Prince George“ przybyła z pastorem Kavelem rodzina Kalleske z Trzciela. Johann Georg Kalleske urodzony był w Brójcach (Brätz). Tym samym żaglowcem przybył Johann Gottlieb Petras z Klępska. Na pokładzie “Zebry” (z kapitanem Hahnem) znajdujemy pasażera nazwiskiem Johann Georg Janetzki oraz jego rodzinę z Myszęcina (Muschten). NitschkeMożemy spokojnie się założyć, że również wspomniany Gottfried Lubasch, ów sierżant spod Waterloo, miał nazwisko polskie. Możnaby się zastanawiać, czy aby nazwisko Nitschke nie ma polskich korzeni.  Do Australii wyemigrowało kilka gałęzi tej rodziny z Dolnego Sląska i jest niemal pewne, że znany obecnie w Australii zwolennik eutanazji oraz lider ruchu na jej rzecz, dr Philip Nitschke, pochodzi z tej właśnie rodziny. Na pokładzie “Cathariny” znalazł się natomiast Johann Joseph Gallasch ze Zbąszynia, wraz z rodziną oraz Carl Ernst Tschenscher (Trzęsior?), również z rodziną.

Żaglowcem „Gellert” przybył w grudniu 1847 roku, wraz z Niemcami z poznańskiego pewien oficer nazwiskiem „Eugen von Sierakowski” (Eugeniusz Sierakowski)

W rok później żaglowcem „Alfred” wraz z Franzem Weihertem i jezuitami Kranewitterem i Klinkowstroemem przybywają w okolice Sevenhill dwaj cieśle o polskobrzmiących nazwiskach Samulewsky i Semlitzky wraz z rodzinami (w sumie 9 osób).

Z okolic Zbąszynia (Bentschen) pochodzili emigranci z rodziny Waltrowicz. Anne Caroline Gallasch wyszła za mąż za Johannesa Waltrowicza, który potem zmarł we wsi Nowe Domki k. Zbąszynia w roku 1852. Caroline wyemigrowała rok później z sześciorgiem dzieci na statku “Caesar Godeffroy” do Adelaide. Z tej rodziny znany był później w Hahndorf kołodziej nazwiskiem Adalbert Waltrowicz (zm. W 1903 roku). Żoną jego była Johanna Rosine z d. Schubert. Mieli razem 13 dzieci. Inna Caroline Waltrowicz (ur. W 1838 r. w Zbąszyniu), katoliczka, pracowała jako służąca w Adelaide. Wyszła za mąż za niejakiego Marcina Buczkowskiego z polskiej osady w Hill River (obecnie Polish Hill River) k. Clare w Południowej Australii. Tam najprawdopodobniej chodzili oboje do kościoła św. PICT0858Stanisława Kostki (na zdjęciu).  Inny członek tej rodziny Joseph Waltrowicz (znany jako “Waltrowitz”), urodzony 1842 r. w Zbąszyniu, mieszkał później w Hahndorf, gdzie zmarł w 1929 roku, jego grób wciąż istnieje na tamtejszym cmentarzu. Michalina Waltrowicz (ur. W 1846 r. w Nowych Domkach) wyszła w Port Adelaide za Anglika nazwiskiem Charles Green. Po jego śmierci wyszła za mąż za Johna Ennsona. Miała własną restaurację w dzielnicy Semaphore w Adelaide. Marianna Waltrowicz (ur. 1849) wyszła za mąż w Południowej Australii za Davida Seefeldta. Oboje później wyjechali do Palmerston (obecnie Darwin na północy Australli).

Innym emigrantem polskiego pochodzenia był Anton Maćkowiak urodzony w marcu 1817 roku w Poznaniu, a zmarły 14.X.1899 we wsi Blumberg (obecnie Birdwood) na wschód od Adelaide. Przed emigracją zamieszkiwał w Nekli (Wielkopolska), a jego rodzicami byli Thomas (Tomasz?) Mackowiak i Katharina z d. Szerzomellich („Szerzomelik”?). Przybył do Australii na pokładzie niemieckiego żaglowca „Heloise” w 1847 roku. Należał najwyraźniej do bogatszej warstwy chłopskiej. „The South Australian” z 19 marca 1847 doniosł bowiem między innymi:

“(…)Bremeński statek “Heloise” przywiózł sporą liczbę wyższej klasy niemieckich włoscian. Wszyscy oni sami pokryli koszta podróży i przywożą ze soba, jak nas poinformowano, więcej pieniędzy niż statek z emigrantami przywiózł przez szereg lat. Są oni zdrowi i godni szacunku i nie wątpimy, że się im powiedzie.”

Maćkowiak zmienił pisownię nazwiska w Australii na „Maczkowiack”. Zamieszkiwał wraz z żoną (Anna Eleonore Wilhelmine z d. Kriese) najpierw w Klemzig, potem w Lobethal, gdzie jego córka Henriette Charlotte (urodzona w czasie podróży na „Heloise”) została ochrzczona przez pastore Fritzschego (który z kolei zapisał nazwisko dziewczynki jako „Matschkowiack”), a nastepnie we wspomnianym już Blumberg. Anton Maćkowiak najprawdopodobniej znał język polski. Wiadomo też, że mówiąc o wsi, z której pochodzili jego rodzice, używał jej polskiej nazwy „Podstolice” raczej niż niemieckiej „Tischdorf”. Nazwisko Maćkowiak pojawia się gdzie indziej również jako „Matskoviak”, a w księdze zapisów sądowych w Gumeracha („Gumeracha District Court Record Book 1874-1884”) znajdujemy je, gdy wymienieni tam zostali „Frederick Mascovias” oraz „Albrecht McScovix”.

… i osada…

Modystack 194217 sierpnia 1856 przybyła niemieckim żaglowcem „August” (kpt. Meyer) do Port Adelaide grupa Polaków z okolic Dąbrówki oraz Zbąszynia w Wielkopolsce (statek wypłynął z Hamburga 7 maja 1856). Szybko znalazła się w okolicach Sevenhill. Według jednej wersji stało się tak, gdyż pewien jezuita został stamtąd wysłany, by ich tam przywiódł, obawiano się bowiem, że cała grupa może dołączyć do luteranów w Barossie  (“Mlodystach – a family history of Polish Pioneers”, 1985, ISBN 0 9589586 0 2).  W następnym roku powstała osada polska w pobliskim Hill River, który szybko stał się znany jako Polish Hill River. Pierwszym nazwiskiem w rejestrze posiadaczy ziemi w Hill River (22 stycznia 1857) jest nazwisko “Joseph Niemetz” (Józef Niemiec). Wśród innych nazwisk widzimy takie jak Nykiel, Połomka, Małycha, Rucioch, Kostera, Kluska czy Pawelski. Nie będziemy tu podawali szczegółowej historii tej osady, jako że istnieje w internecie – i to po polsku – kalendarium tego miejsca http://www.tchr.org/australia/kronika/kronika/HistoriaPHR.htm

PICT0897_editedPoczątkowo polscy koloniści uczęszczali na mszę do kościoła św. Alojzego w Sevenhill, jednakże tamtejsi jezuici nie odprawiali jej po polsku lecz po angielsku i niemiecku. To skłoniło polską wspólnotę do zbudowania wspomnianego już kościółka św. Stanisława w Polish Hill River. Pierwszym polskim księdzem był tam jezuita, O. Leon Rogalski (przybył w roku 1870 roku), który po śmierci w roku 1906 pochowany został w krypcie kościoła św. Alojzego w Sevenhill obok pierwszych tamtejszych jezuitów, jak Schreiner, Tappeiner, Herden, Hager i innych.

Wśród pasażerów żaglowca “George Washington”  (wypłynął do Australii 24 maja 1844 z Bremerhaven) znajdujemy nazwisko Szymona Młodystacha (“Simon Modistach”), lat 28 oraz jego żony, pochodzących z Dąbrówki (Gross Dammer) w okolicach Zbąszynia (Bentschen) (1). Nazwisko to pojawia się później Południowej Australii również jako “Modystack” (jak na nagrobkach w Sevenhill).

PICT0857W 1857 roku przybyli inni członkowie rodziny Młodystachow: Kacper i Elżbieta (Caspar and Elizabeth) i osiedli w Polish Hill River. Stworzyli największą polską i najdłużej pozostającą w polskich rękach winnicę w tamtej okolicy. Ostatecznie została ona sprzedana rodzinie Wilsonów w 1968 roku i od tamtej pory znana jest jako “Wilson Cellars”. Kamienie zaś z pierwotnego domu Kacpra i Elżbiety użyte zostały do budowy elewacji głównego budynku obecnej winnicy.  

Jeszcze do lipca 2000 żył w Polish Hill River Jan (John) Ruciochhttp://przeglad.australink.pl/panorama/artykuly/polishhill3.php, znany tam wówczas jako “ostatni z Polaków“ (“last of the Poles”). Mieszkał wciąż w domku zbudowanym przez jego dziadka. Posiadał “encyklopedyczną wiedzę“ o rodzinach żyjących w tej osadzie w zeszłym stuleciu.
http://www.wilsonvineyard.com.au/newsletters/classic_clippings/misc/sept85.html

Opowiadał on całe historie owych rodzin, a nawet legende o pobycie w tamtych okolicach słynnego gangstera (bush-rangera) Neda Kelly, którego brat miał tam swoją posiadłość, którą to historią wbudził pewne zainteresowanie mediów australijskich.
http://www.wilsonvineyard.com.au/newsletters/classic_clippings/verasion/veraison90.html

Zwrócono swego czasu uwagę na fakt, że język polski, którym posługiwali się żyjący w Polish Hill River Polacy jeszcze w II połowie XX wieku był gwarą, która w międzyczasie zanikła już w Polsce. Przekonać mieli się o tym wykształceni Polacy z powojennej emigracji rozmawiający z Janem Ruciochem i innymi potomkami pionierów. Pewien autor australijski zauważył w związku z tym – z pewną przesadą zapewne – że “było to dla nich odkryciem takim, jak dla profesora anglistyki odkrycie w Ameryce Południowej zaginionej kolonii mówiącej językiem Chaucera!”. (2)

Z osady dzisiaj nie pozostaje wiele, parę ruin domostw no i oczywiście kościół św. Stanisława Kostki. Są winnice, ale już nie w polskich rękach. Spośrod licznych tu niegdyś polskich nazwisk nie ma tu już ani jednego, jako że mieszkańcy przenieśli sie gdzie indziej, na przykład do Petersburga (obecnie Peterborough).

Cmentarz w SevenhillPozostaje natomiast wciąż użytkowany cmentarz w Sevenhill, na którym obok polskich (i nie tylko polskich) pionierow spoczywają polscy emigranci z okresu po II Wojnie Swiatowej, w tym byli żołnierze oraz działacze polonijni, jeden były więzień łagrów sowieckich czy przedwojenna działaczka Katolickiego Związku Młodzieży, prezeska okręgu katowicko-chorzowskiego na Górnym Śląsku. Ale to już zupełnie inny wątek polski.

Inne jeszcze, niemniej ciekawe “wątki polskie”, choć niekoniecznie związane z omawianym tu tematem, znajdujemy wśród zachowanych archiwaliów, na przykład w wydawanej przez południowoaustralijskich Niemców gazecie “Sűd-Australische Zeitung”. Na mikrofilmach tej gazety w Bibliotece Państwowej w Adelaide jest pełny tekst długiego artykułu Die Unruhen in Warschau (“Niepokoje w Warszawie”), który ukazał się w tej gazecie dnia 8 stycznia 1862 roku. Artykuł ten, oparty w całości na źródłach niemieckich, opisuje wydarzenia w polskiej stolicy na krótko przed wybuchem Powstania Styczniowego. Przytaczamy jego pełny tekst w następnej części p.t. „Niepokoje w Warszawie – 1861”.

Epilog

getfileKościół Luterański w Australii – Za początek kościoła luterańskiego w Australii uważa się przybycie pierwszych staroluteranów w roku 1838 z pastorem Kavelem do Południowej Australii. W roku 1846 doszło do pierwszego rozłamu w jego strukturach podczas synodu w Bethanien. Przywódcą jednej grupy był pastor A.Ch. Kavel, drugiej pastor G.D. Fritzsche, których dzieje śledziliśmy powyżej. Jedna z przyczyn rozłamu brała się z faktu, że o ile w Prusach kościół luterański był kontrolowany przez państwo, o tyle w Australii taka kontrola nie była sprawowana. W związku z tym Kavel opracował konstytucję kościoła twierdząc, że ma ona apostolski charakter. Fritzsche oponował, argumentując, że nie należy jej wprowadzać, gdyż nie ma o czymś takim mowy w Biblii. Innym punktem spornym była interpretacja rozdziału 20 Księgi Objawienia: czy Chrystus powróci, by przez 1000 lat rządzić na ziemi. Ci, którzy wierzyli w ten 1000 letni powrót (włączając Kavela) znani tu byli jako „Chilliasts”. Oponenci (z pastorem Fritzsche) znani byli jako „Anti-Chilliasts”. Stąd też Lobethal (siedziba Fritzschego) stał się „twierdzą” anti-chillianizmu. Termin jest pochodzenia greckiego (“chilia” = „tysiąc”, jak w Apo. 20;2). Używano go także w języku niemieckim jako „Chiliasmus”. Po tym podziale, gdy nowi imigranci niemieccy przybywali do Południowej Australii, już w porcie podbiegali do nich tutejsi luteranie, głośno pytając: „jesteście chilliastami czy anty-chilliastami?”. Nowo przybyli nie mieli oczywiście żadnego pojęcia o co chodziło.

Później następowały jeszcze dalsze podziały. Bywało, że w jednej miejscowości były dwie konkurencyjne parafie luterańskie lub nawet więcej. Na przykład w Lobethal w pewnym okresie były nawet cztery rozmaite parafie luterańskie. W okresie jeszcze późniejszym kościoły tej jednak zaczęły się ponownie łączyć ze sobą. Ostatecznie w roku 1966 długotrwały rozłam zakończony został, gdy Evangelical Lutheran Church in Australia połączył się z United Evangelical Lutheran Church of Australia. Do zjednoczenia doszło w roku 1966 w Tanunda, czyli wyjątkowo blisko miejsca, w którym nastąpił pierwszy rozłam 120 lat wcześniej. Okres owych 167 lat istnienia kościoła luterańskiego w Australii obfitował w wiele wydarzeń, włączając w to trudny okres podczas I Wojny Światowej, gdy społeczność luterańska, będąca w dużej części niemiecka, poddana była prześladowaniom. Dochodziło wówczas niejednokrotnie do napadów na parafie luterańskie, niszczenia ich dobytku, palenia niemieckich tłumaczen Biblii, a czasem nawet do palenia całych kościołów. W dużej mierze ów niemiecki charakter luteranizmu australijskiego widoczny jest jeszcze dzisiaj. Widać to po nazwiskach parafian oraz pastorow i to nie tylko w Południowej Australii. I tak na przykład w Lobethal (Tanunda) duszpasterzami luterańskimi są pastorzy Preuss, Schmidt i Proeve, w Hahndorf pastor Schultz, w Lobethal pastorzy Welke i Wundersitz, a w Northbridge (Perth, Zachodnia Australia) pastor Burger. Prezydentem Lutheran Church of Australia (LCA) jest Rev. Mike Semmler, a rektorem (Principal) jedynego luterańskiego seminarium duchownego (w North Adelaide, Południowa Australia) jest Rev. Michael J. Hassold. http://www.ilc-online.org/members/australia.html

052728k6-DeutscherReichsadlerGrupa niemiecka w Australii – Tak jak przybycie pierwszych Prusaków brandenburskich, wielkopolskich i dolnośląskich zaznaczyło początek australijskiego kościoła luterańskiego, tak też stało się ono początkiem imigracji niemieckiej na szerszą skalę. Praktycznie bowiem od czasu ich dotarcia do Port Adelaide na przełomie lat 1838-1839 Niemcy emigrowali tam bez przerwy. Do roku 1900 około 18 tysięcy Niemców wyemigrowało do samego tylko stanu Południowa Australia. Z tych 18 000 jedynie ok. tysiąca motywowanych było religijnie (ok. 5%) i to na tej małej grupie skoncentrowaliśmy się w powyższych tekstach. Do wybuchu I Wojny Światowej Niemcy stanowili do ok. 10% wszystkich mieszkańców w tym stanie. W stanie Queensland procent ten był nawet jeszcze wyższy, bo sięgał 15%. W obu zaś stanach grupa niemiecka stanowiła największą grupę po Brytyjczykach i Irlandczykach. Nie ma dziś praktycznie żadnej pracy poświęconej historii Niemców australijskich, która nie podkreślałaby znaczenia staroluteranów pruskich i ich kościoła dla emigracji niemieckiej do Australii. Pod tym względem motywowani religijnie “ludzie Kavela” stali się istotnie pionierami nie tylko w sensie zapoczątkowania emigracji, lecz także w sensie “przecierania szlaku” dla późniejszych kolonistów niemieckich. Przyczyn tego stanu rzeczy jest kilka, najważniejsze jednak okazało się to, że ludzie ci starli się z władzą państwową, całkowicie zaskoczoną ich uporem; spowodowali szereg oficjalnych reakcji tejże władzy; udawali się za granicę przez ówczesne Wschodnie oraz Środkowe Niemcy, wzbudzając tam zainteresowanie swym pojawieniem się; w miejscach, w których się zatrzymywali, odwiedzani byli przez dziennikarzy (jak w Hamburgu) piszących potem artykuły o nich. Wieść o nich rozniosła się więc szybko, tak jak później rozniosła się też wieść o ich powodzeniu w nowym kraju. http://www.sagermanassociation.asn.au/

ShrineEagleGrupa polska w Australii – W odróżnieniu od emigracji niemieckiej, emigracja polska z południowej części Wielkiego Księstwa Poznańskiego nie miała większego wpływu na emigrację polską w ogóle. O ile bowiem Niemcy emigrowali przez Hamburg lub Bremę, do których udawali sie przez swój kraj, Polacy nie udawali się do żadnego portu przez np. Kongresówkę lub jakiekolwiek inne części Polski, od których oddzieleni byli zaborem rosyjskim. Dlatego też fenomen tej lokalnej emigracji pozostał oderwany od innych nurtów emigracji polskiej i więcej miał wspólnego z emigracją niemiecką, która go wręcz zapoczątkowała. By użyć plastycznego określenia, gdy pastor Kavel “tupnął nogą w Klemzig” i zdecydował się wyemigrować do Australii, to wkrótce wiedziały o tym całe Niemcy; gdy zaś emigrowali tam Polacy z tego samego regionu, Polska nie wiedziała o tym nic. Ten fakt stał się również powodem, dla którego Polacy z Hill River, czyli już w Australii, pozostali tam osamotnieni przez cały praktycznie czas aż do śmierci “ostatniego z Polaków”. Jest to także przyczyną, dla której ten epizod pozostaje w dużej mierze nieznany w samej Polsce nawet dzisiaj. Istniała co prawda emigracja Polaków do Australii już w XIX wieku, na przykład do stanu Wiktoria pojedynczy emigranci przybywali już w latach 1830-tych oraz potem, po upadku Powstania Styczniowego, przybyło tam ich nieco więcej. Jednak największy nurt emigracji polskiej przypadł na okres po II Wojnie Światowej i nie objął rejonu Sevenhill. Dopiero w II połowie XX wieku południowoaustralijska Polonia – ta powojenna – zainteresowała się bliżej miejscem znanym jako Polish Hill River, odrestaurowała kościół św. Stanisława i przynajmniej częściowo “przywróciła Polsce” pamięć o tym miejscu.

 Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami część5

Przypisy:

1. W angielskiej wersji listy pasażerów „George Washington” opracowanej przez           pastora A.E. Brauera czytamy:

 „MODISTACH, Simon (28) and wife, from Gross-Dammer near Bentschen, Bomst, Posen”

Innymi pasażerami o polskobrzmiących nazwiskach byli, według tejże listy:

„SPORN, Johann Friedrich, coachman, and wife Marie Elisabeth, nee Jentsch, and two children Johanna Helena and Johann Friedrich, from Seiffersdorf (Radomierz), Freistadt (Kożuchów), Silesia”

„STANETZKI, Nikolaus (38), wife, one son, six months, and two daughters, aged 6 and 3 respectively, from Gross-Dammer near Bentschen, Bomst, Posen”

“WALLENT, Lorenz (46), wife, two sons: Karl (6) and Simeon (3), and three daughters, aged 18, 16 and 10 respectively, from Gross-Dammer, near Bentschen, Bomst, Posen”

2.  Geoffrey Chaucer (ok.1340–1400) , poeta angielski, jedna z najważniejszych postaci w historii literatury angielskiej. Autor m.in. “Opowieści Canterbury” („The Canterbury Tales”) . Pochowany w Opactwie Westminsterskim.

Niektóre pozycje bibliograficzne

Eleonora’s Decision - Our Heritage. The History and Family Tree of Johann Friedrich Munchenberg and Johanne Eleonora Munchenberg and their Descendants 1839-1989. By Reginald Schilling Munchenberg. Adelaide 1989 (rodzina pochodzi z Miedzyrzecza w Wielkopolsce)

David Schubert. Kavel’s People. Lutheran Publishing House, Adelaide 1985

The History And Family Tree of Johann George Hohnberg 1788-1856 and His Wife Maria (nee) Irmler 1791-1875 and Their Known Descendants 1788-1971. By D.P. Hohnberg, P.S. Munchenberg and D.A. Ross. Lutheran Press (rodzina o korzeniach we wsi Jany k. Zielonej Gory oraz Zawady miedzy Zielona Gora a Sulechowem)

The Nitschke – Hentschke Family in Australia and New Zealand. The Story of Gottfried and Eva Elisabeth and Their Descendants. Adelaide 1990 (rodzina pochodzi z Przytoku k. Zielonej Góry na Dolnym Sląsku)

The History and Family Tree of Johann Wilhelm Rohrlach and his wife Anna Dorothea nee Galpach and their Descendants 1792-1980. Adelaide 1980 (rodzina z Babimostu w Wielkopolsce)

The Pfitzner Story 1802-1975. The Record and Family Tree of Three Brothers: Johann Christian Pfitzner (1802 – ?), Friedrich Wilhelm Pfitzner (1814 – 1892), Johann Carl Pfitzner (1819 – 1891), Their Wives and Children, who migrated from Lower Silesia in the east of Central Europe in the years 1854 – 1867. Adelaide 1975 (rodzina pochodzi ze wsi Lisowice (Leschwitz), Kwiatkowice (Altlaest) oraz innych miejscowosci kolo Lubina i Legnicy. 24 osoby tej rodziny daly poczatek znacznemu drzewu genealogicznemu – gdy spisywano historie tej rodziny, wszystkich żyjących potomków, wraz z ich małżonkami i dziećmi – było 2937)

Wilhelm & Elisabeth Milde and Descendants 1837-1984. A History and Family Tree. Copyright Judy & Ron Milde, Adelaide 1984 (ta rodzina przybyla nawet przed grupa pastora Kavela na pokladzie zaglowca “Solway” 16 pazdziernika 1837 o 5:00 po poludniu do Kangaroo Island niedaleko Adelaide)

Three Brothers from Birnbaum.The Muller Family History. Family History of Johann Ferdinand Muller (1813 – 1891) and his wife Auguste Wilhelmine nee Kleinitz (1828 – 1900); Johann Friedrich Muller (1819 – 1879) and his wives Beate Auguste Emilie nee Behrend (1827 – 1857) and Johanne Friedericke Wilhelmine nee Semlin (1826 – 1895); Johann August Muller (1822 – 1902) and his wife Charlotte Wilhelmine nee Patzold (1825 – 1910). Lutheran Publishing House, Adelaide 1983 (i pozniejsze wydania bez daty) (rodzina pochodzi z Miedzychodu w Wielkopolsce)

Mlodystach: a family history of Polish pioneers; Simon Modistach, Stanislaus Modistach, Caspar Modystack and their known descendants. Adelaide 1985 (rodzina pochodzi ze wsi Dąbrówka w Wielkopolsce)

Podziekowania / Acknowledgements

Autor powyższych tekstów pragnie złożyć podziękowania:
Pani Sue Miller, sekretarzowi parafii luterańskiej w Lobethal (Południowa Australia) za uzyskane od niej informacje oraz za egzemplarz historii jej Rodziny w Australii „Trzej Bracia z Międzychodu” (Three Brothers from Birnbaum)

Państwu Davidowi i Helen Schubertom z Adelaide (SA) za udzielenie zgody na opublikowanie tekstów dokumentów cytowanych w ich książce ”Kavel’s People. From Prussia to South Australia”

oraz pani Lornie Webb z parafii luterańskiej w Langmeil (Tanunda) za uzyskane od niej informacje.

 

The author would like to express his thanks to:

Mrs Sue Miller, the secretary of the Lobethal Lutheran Church, for all the information provided as well as for a copy of the printed history of her Family: “Three Brothers from Birnbaum. The Müller Family History”

Mr David and Mrs Helen Schubert from Adelaide (SA) for their kind permission to publish documents contained in their book ”Kavel’s People. From Prussia to South Australia”

and to Mrs Lorna Webb from Tabor Lutheran Church in Langmeil (Tanunda), SA, for information provided.

 

 





Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami – część 5: Nowy Śląsk

20 07 2009

Krondorf Road 14 12 2004_editedO ile pierwszym miejscem osiedlenia luterańskich kolonistów z Prus był Klemzig, a najbardziej znaną ich miejscowością jest Hahndorf, to z kolei najbardziej „niemieckim” rejonem w Australii jest Dolina Barossy (Barossa Valley) w Południowej Australii na północny wschód od Adelaide. Nazwę swoją (pochodzącą z Hiszpanii) dolina ta otrzymała od założyciela Adelaide, pułkownika Williama Light. Osiadający tam staroluteranie nazywali ją jednak często „Neuschlesien”, czyli „Nowy Śląsk”.  

DrzewoHerbigówPułkownik Light nazwał ją „Barossa Valley” w roku 1837 od Barossy (obecnie „Barrosa”) w Hiszpanii, gdzie wziął udział w zwycięskiej bitwie przeciw Francuzom 5 marca 1811 roku. Południowoaustralijska Dolina Barossy ma mniej więcej 8 km szerokości i około 40 km długości. W 1842 roku zaczęli się tam pojawiać pierwsi osadnicy angielscy i niemieccy. Mniej więcej w tym samym czasie więc, gdy powstawał Lobethal na wschód od Adelaide, około  60 km na północ  od niej pojawiać się zaczęły nowe osady niemieckich luteranów. Niektórzy osadnicy mieszkali na początku dosłownie gdzie się dało. Na przykład  Friedrich Herbig z Zielonej Góry wraz z żoną Caroline (ur. w Nekli) mieszkał w… dużym, rozłożystym i pustym w środku 300-500 letnim drzewie eukaliptusowym w okolicach Springton. W tym drzewie urodziło się ich pierwsze dziecko. Drzewo to wciąż znane tam jest jako “The Herbig Family Tree”.

Bethanien by AngasSpośród wsi w Neuschlesien najwcześniej powstała Bethanien (obecnie Bethany) w początkach roku 1842. Nazwa osady przejęta została z Nowego Testamentu (p. Mt 21:17; Mk 11:11 i 14:3; Jn 11:1-18; i 12:1). Jej założycielami byli luteranie z Dolnego Śląska i Wielkopolski, którzy przybyli wraz z pastorem Fritzsche na „Skjoldzie” w poprzednim roku i którzy tymczasowo zamieszkali w Klemzig i Hahndorf. Napisy na zachowanych nagrobkach w Bethany mówią niejednokrotnie o miejscowościach, z których ludzie ci pochodzili: Prittag   (Przytok), Wolstein (Wolsztyn), Tirschtiegel (Trzciel), Sawade (Zawada), Grünberg (Zielona Góra), Freistadt (Kożuchów), Jauer (Jawor). Jeden tutejszy pastor pochodził z Berlina. Był to Heinrich August Eduard Meyer. Hueppauff aus GrunbergUrodzony w 1813 roku, wyjechał do Australii w roku 1840 wysłany tam przez Drezdeńskie Towarzystwo Misyjne i prowadził działalność misyjną wśród Aborygenów. Gdy skonczyła się finansowa pomoc z Drezna dla misji, został zaproszony jako pastor do Bethanien w 1848 roku. Wcześniej wieś ta otrzymywała posługę duszpasterską od pastora Fritzschego z Lobethal. Pastor Meyer zmarł 17 grudnia 1863 roku,  jego czarny żelazny nagrobek wciąż znajduje się na „cmentarzu pionierów” w Bethany (Bethany ma trzy małe cmentarze). Jak wyglądała Bethanien krótko po założeniu, przekonujemy się patrząc na zachowana z tamtych lat akwarelę George’a Frencha Angasa (powyżej).

 Charles Otto z Bethany napisał, prawdopodobnie w latach 60-tych XIX wieku, żartobliwy wierszyk o wsi swego dzieciństwa. Wierszyk ten prezentujemy w oryginale oraz w tłumaczeniu:

Nach Bethanien, nach Bethanien                      Do Betanii, do Betanii

will ich meinen Weg hinbahnien,                       szedłbym teraz w tęsknej manii, 

wo gefall’ne Hütten stehn,                              gdzie się  chaty rozpadają,

alle Kinder barfuss gehn,                                 dzieciaki boso biegają,

Kuh- und Schweinstall schrecklich stinken,         gdzie chlewiki strasznie smrodzą

Leute in den Mud versinken:                            ludzie w błocie stale brodzą:

wo es dűster rings umher,                              gdzie posępnie dookoła, 

dahin sehnt mein Herz nach sich sehr.              tam mnie serce tęsknie woła.

 

In Bethanien, in Bethanien,                              W tej Betanii, w tej Betanii,

wo die Kinder, die rotwangigen,                       gdzie dzieci z krasnymi licami

eilends hin zur Schule laufen,                           do szkoły spiesznie biegają

unterwegs sich tűchtig raufen,                        i żywo się przy tym szturchają,

wo Herr Topp den Prűgel schwingt,                   gdzie pan Topp*swym batem wali

  dass es durch die Hose dringt:                        aż przez portki tylek pali:

  Klagetöne werden laut,                                  głośny lament niesie w górę,

  wenn er gerbt die blöße Haut.                         gdy garbuje gołą skórę.

Wymieniony tu „pan Topp” to nauczyciel w miejscowej szkole luterańskiej, Friedrich Topp (1809 – 1892). Uczył tam 45 lat, nawet gdy osiagnał już 80 rok życia. Przybył do wsi kilka miesięcy po jej założeniu w 1842 roku. Pełnił też funkcję kościelnego i organisty. Podczas zebrań rady parafialnej to on spisywał (podobno bardzo ładnym, ‘kaligraficznym’ pismem) wszystkie protokoły. Musiał zostać naprawdę dobrze zapamiętany przez swych uczniów, skoro potem o nim pisali, jak Charles Otto. To oni też ufundowali później jego nagrobek, wciąż istniejący na cmentarzu w Bethany.

Kavels GrabsteinKavels Grabmal zu LangmeilLangmeil (obecnie zwany Tanunda) to druga w kolejności miejscowość założona przez luteranów w Neuschlesien. Powstał w tym samym roku co Bethanien, założony przez przybyszów z Klemzig i Hahndorf, do których dołączali później kolejni imigranci udający się tu wprost ze statków. Langmeil położony jest bardzo blisko Bethanien (na północny zachód od niej) i zawdzięcza swą nazwę wsi Langmeil (Okunin) k. Sulechowa. W Langmeil zamieszkał pastor August Kavel i tam też został pochowany w 1860 roku (powiększ zdjęcia obok). Jego brat, Ferdinand, był natomiast pierwszym nauczycielem w miejscowej szkole od jej otwarcia w 1845 roku. Szkoła ta istnieje w dalszym ciągu.

Schlinke aus Cichogora_editedNajstarszy z tutejszych kościołów zbudowano w 1849 roku. Został on przebudowany w roku 1871. Znany jest jako „Tabor Lutheran Church” (http://users.chariot.net.au/~falland/Tabor/ ). Istniejący wokół niego cmentarz jest jednym z najbardziej znanych pionierskich cmentarzy luterańskich w Australii. I znów, tak jak w Bethany, nagrobki mówią o miejscach, z których przybywali tu osadnicy: Cichogora (Cichagóra), Chlastawe k. Zbaszynia (bei Bentschen), Bobersberg (Bobrowice k. Krosna Odrzańskiego), Crossen (Krosno Odrzańskie) itd. Przez dłuższy czas osady i wsie zakładane przez kolonistów zachowywały swój narodwy charakter. W 1851 Tanundę odwiedził niemiecki podróżnik Friedrich Gerstäcker. Został uderzony wówczas niemieckim charakterem tego miejsca do tego stopnia, że jego zdaniem „Podróżnik sądziłby, że znajduje się w jakiejś małej wsi ze starego kraju między Renem i Odrą”. A oto jego opis wnętrza domu w Tanundzie:

 

„Przy piecu siedziała stara babka z białowłosym dzieckiem na kolanach. Ta starsza kobieta stanowiła wierny, znakomity przykład starszej niemieckiej wiesniaczki, jaki znaleźc można jedynie w centrum Niemiec. Jestem przekonany, że wszystko w niej było prawdziwe, aż do spinek i sznurówek. I nie tylko to, lecz wszystko w pokoju było niemieckie: piec, krzesła, stoły, kredensy, zydel, spluwaczka, ceramiczne garnki, talerze udekorowane tekstami, wersety z hymnału; krotko mówiąc wszystko było niemieckie. Weź jakąkolwiek realną saksońską lub pruską wiejską izbę dzienną, zapakuj ją starannie w bawełnę i przetransportuj do Doliny Barossy, a nie będzie wyglądala bardziej autentycznie niż ta, w której stałem.”

Copy of Hoffnungsthal 15 12 2004Nie wszystkie osady przetrwały po dziś dzień. Przykładem może służyć Hoffnungsthal założony w roku 1847 przez osadników pochodzących głównie z Wielkopolski (w sumie ok. 20 rodzin). Wieś ta reprezentowała (tak jak w większości innych przypadków) typ ulicówki (Starassendorf). Na widocznym obok zdjęciu możemy odtworzyć jej wygląd. Na pierwszym planie widzimy  kamienny postumencik w miejscu, w którym stał mały kościółek luterański. Był on zbudowany z drewna i obłożony z zewnątrz gliną, był on kryty strzechą. Miał też organy, których tworcą był Carl Krueger. Z tyłu, poniżej kościoła biegła mała ulica, która prowadziła mniej więcej obok miejsca, gdzie widać jeszcze martwe drzewo. Kończyła się ona po prawej stronie u podnóża zbocza, na którym mieścił się cmentarz. Wzdłuż uliczki stały domostwa, po lewej zaś stronie rozciągaly się poletka uprawne i ogródki.  Założenie wsi jednak w tym miejscu okazalo się fatalne. Niemcy byli ostrzegani przez okolicznych Aborygenów przed powtarzającymi się tam co jakiś czas powodziami po cięłkich opadach. Zlekceważyli jednak te ostrzeżenia. W październiku 1853 roku miały miejsce takie właśnie ulewy i to przez cały tydzien. Jak wspominał później jeden z mieszkanców, G. Juers:

Familie Krieg Gedenktafel_edited„W dzień i w nocy deszcze zalewały niczym powódź… Wszystkie farmy i ogrodki zostały zatopione. Woda dostawała się już do domów i jej poziom szybko się podnosił. W wielkim pośpiechu otworzyli zagrody, by trzoda i bydło mogły uciec. Zanim strumienie i potoki opróżnily się z wód z opadów, Stary Hoffnungsthal znalazł się pod wodą na osiem stóp.” (ok. 2 m 44 cm – przyp MM).

Hoffnungsthal Congregation MembersPICT0920Mieszkańcy przenieśli się do Doliny Lyndoch czy New Mecklemburg. Np rodzina Heinricha Goile z Wolsztyna w Wielkopolsce przeniosła się do wsi Schönborn (również w Barossie) tak nazwanej po innej wsi wielkopolskiej (obecnie znanej jako Kępsko). Niektórzy jednak przenieśli się aż do USA. Jedynie kościółek służył jeszcze przez kilka następnych lat. Później został rozebrany. Na zdjęciu z lewej strony: miejsce, w którym ów kościół się znajdował. Po prawej tablice pamiątkowe stojące na owym cokole (powiększ).

Droga do Krondorf.jpgW sumie na Nowym Śląsku powstało wiele wsi i osad założonych przez luteranów z terenów dzisiejszej Polski. Na przykład w roku 1855,  a więc już po podziale w kościele luterańskim, dwadzieścia trzy rodziny z Hahndorf popierające pastora Kavela i pragnące mieszkać bliżej niego założyły w Barossie wieś Grünberg czyli Zielona Góra (obecnie Karalta). Wśród innych osad w Barossie znajduja się Gnadenfrei (istnieje taka miejscowość na Dolnym Śląsku: obecnie nazywa się Piława Górna, k. Dzierżoniowa ), Gnadenberg, Krondorf  (na zdjęciu: droga do Krondorf), Kaiserstuhl, Rosenthal, Buchsfeld i szereg innych. http://www.teachers.ash.org.au/dnutting/germanaustralia/e/ortsnamensa.htm

Winnice w BarossieNa Nowym Śląsku uprawiano glównie zboże, choć rejon ten słynie przede wszystkim z winnic i to do tego stopnia, że gdy wspominana jest Barossa Valley, kojarzona jest ona natychmiast z winem. Pierwsze winnice założyli tu zarówno Anglicy jak i Niemcy. Z tych niemieckich najbardziej dziś znanymi są „Lehmann”, “Seppelt”, “Kaiserstuhl” i “Krondorf”.

Wpływ kościoła na życie i zwyczaje wiernych

Bez wątpienia wpływ ten był ogromny i regulował on całkowicie życie codzienne członków kościoła, włączając w to nawet wybór małżonków. Konwencja w Hahndorf w roku 1840 postanowiła na przykład że:

„Kongregacja uznaje zasadę, że członkowie kościoła powinni zawierać związki małżenskie jedynie z członkami kościoła oraz że każdy, kto lekceważy zbawienie własnej duszy oraz radę kościoła, musi spodziewać się ekskomuniki z kongregacji”.
(cytowane za: „Three Brothers from Birnbaum”, s. 26)

Z początku próbowano zapobiegać nie tylko małżeństwom z osobami spoza kościoła luterańskiego, ale i spoza niemieckiej grupy etnicznej. Jednak ten drugi „zwyczaj” złamany został bardzo wcześnie, bo już w 1840 roku przez… samego pastora Kavela, który po śmierci swej pierwszej żony poślubił Angielkę, Anne Catherine Pennyfeather.

Wszelkie “wykroczenia” i przewinienia, jak pijaństwo, cudzołóstwo, udział w grach hazardowych, zaniedbanie uczestnictwa w nabozeństwach, a nawet… tańce, były karane przez kosciół i wymagano za nie pokuty, nieraz przed całą zgromadzoną kongregacją. Takie „wymierzanie sprawiedliwości” przez kościół było też niewątpliwie jedną z przyczyn wspomnianego tu braku, w pewnym okresie, posterunku policji w Hahndorf. Cytowaliśmy również opinię Johna Bulla dotyczącą dyscypliny prawnej kolonistów niemieckich. Jeszcze przed Bullem, w roku 1846, niemal identycznie wyraził się Francis Dutton w swej książce „South Australia and its Mines”:

„Nie narzucający się w swych manierach, wysoce przedsiębiorczy i oszczędni, ci emigranci niemieccy tworzą dziś bardzo niezależną i pomyślnie rozwijającą się część wspólnoty południowoaustralijskiej; annały Sądu Najwyższego stanowią świadectwo ich generalnie zdyscyplinowanego zachowania, nie było, jak sądzę, ani jednej instancji, w której ktokolwiek spośród tych Niemców zostałby skazany za jakiekolwiek przewinienie.”

W Południowej Australii na ponad 15 tysiecy osadników niemal 2000 żyło w ubóstwie lub na jego krawędzi i korzystalo z przyznawanej przez rząd zapomogi. Już w 1841 roku, a zatem zaledwie 3 lata od założenia pierwszej osady (Klemzig) i dwa lata po powstaniu Hahndorf, prasa notowała, że wśród pobierających zapomogi nie było Niemców („Nie było wśród nich Niemców, gdyż osiedlili się oni i pomyślnie rozwijali w swych małych posiadłościach”). W tym samym roku powstała Komisja mająca za zadanie „badanie przypadków zasługujących na zapomogę oraz generalne zaradzenie nieszczęściu i biedzie. Żadni Niemcy nie zwrócili się po zapomogę”. („Three Brothers from Birnbaum”, s. 26).

SAZGeneralnie rzecz biorąc, luteranie ci nie akceptowali pomocy finansowej państwa nie tylko w powyższych sprawach, ale i w kwestiach edukacji prowadzonej przez kościół. Szkoly fundowane były z zasobów kongregacji. Niektórzy autorzy podkreślają tutaj, że podejście takie podyktowane było nieprzyjemnymi wspomnieniami z Prus, gdzie państwo sprawowało kontrolę nad tymi kwestiami. Sprzeciwiano się dość regularnie inspekcjom szkół przez państwowe władze oświatowe i później było to jedną z przyczyn, dla których szkoły te zostały zamknięte w latach I Wojny Światowej. Podejrzewano bowiem, że dalej nauczano tam w języku niemieckim, a nie w angielskim. Za posługiwanie się językiem niemieckim zamknięto także miejscowe gazety niemieckie jak „Süd-Australische Zeitung” (na zdjęciu: wydrukowany w owej gazecie nakaz jej zamknięcia).  Zwyczaje panujące w kościele luterańskim w Australii miały tendencje do odseparowywania imigrantów od pozostałej części społeczeństwa. Językiem liturgicznym był wyłącznie niemiecki. Posiadane przez imigrantów egzemplarze Biblii też drukowane były po niemiecku. Na każde nabożeństwo przynoszono ze sobą Biblię oraz dość duży hymnał wrocławski.

Dzieci obowiązkowo uczęszczały do szkoły niedzielnej i to aż do osiągnięcia co najmniej 16 roku życia.

Podczas nabożeństwa obowiązkowo mężczyźni siadali  w ławkach po lewej stronie, kobiety zaś po prawej (w Lobethal zwyczaju tego zaniechano dopiero w roku 1964). Po skończonym nabożeństwie kobiety zawsze opuszczały kościół jako pierwsze, dopiero później wychodzili mężczyźni. Same nabożeństwa trwały na ogół dość długo, często aż do trzech godzin, do czego przyczyniała się duża liczba śpiewanych hymnów oraz kazanie, które rzadko bywało krótsze niż godzina.

Nie prowadzono natomiast żadnych zbiórek pieniężnych podczas nabożeństwa. Wpłaty roczne na potrzeby kościoła dokonywane były na podstawie oceny finansowych możliwości poszczególnych rodzin, a ocen tych dokonywała komisja wybierana przez całą kongregację. Można było odwoływać się od decyzji komisji dotyczącej wyznaczonej wysokości opłat, jednakże odmowa dokonywania wpłat pociągała za sobą utratę prawa głosu w kościele.

O wpływie kościoła świadczy zresztą już sam fakt, że kościół był zawsze pierwszym stałym budynkiem w zakładanej miejscowości. Tak było w Lobethal, tak było w Hahndorf, tak też było na Nowym Śląsku w Dolinie Barossy. Z czasów osadnictwa w tym rejonie pozostaje po dziś dzien trzydzieści sześć kościołów, największe w Langmeil (Tanunda) oraz w Light Pass. Gdy budowano ten drugi , drewno transportowane było 48 kilometrów w trudnych warunkach, drogami nieprzejezdnymi w czasie opadów.

Michał Monikowski
Perth, Australia

Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami część4część6





Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami – część 4: Clare Valley

19 07 2009

Ferd1Gdy powyższa historia Lobethal rozwijała się już od kilku lat, na dalekim Śląsku miało miejsce preludium do następnej. W roku 1848 pewien właściciel ziemski nazwiskiem Franz Weihert (w Australii czasem pisane jest to nazwisko jako „Weikert”) zatroskany był sytuacją katolików w Prusach i w końcu podjął on – tak jak wcześniej niektórzy staroluteranie z tego regionu – decyzję emigracji do Południowej Australii. W tym samym czasie „ziemia zaczeła się palić pod nogami” jezuitów w Austrii, gdyż cesarz Ferdynand I (ilustracja obok) wygnał ich (ogółem 150 księży i braci) ze swego imperium.

Z tej liczby dwóch księży zdecydowało się dołączyć do grupy Weiherta. Byli to OO. Aloysius Kranewitter i Maximilian Klinkowstroem. Weihert namówił jeszcze ponad 140 innych osób do emigracji i 15 sierpnia 1848 roku szwedzki żaglowiec SS „Alfred” z całą tą grupą (oraz zbliżoną liczbą innych, niezwiązanych z nią, pasażerów) wypłynął z portu w Hamburgu.

Podróż trwała około czterech miesięcy. Nie zabrakło niecodziennych przygód – np. w pewnym momencie „Alfred” był ścigany (i ostrzeliwany) przez duńską jednostkę wojenną „Meander”, zdołał się jednak wymknąć. Ostatecznie zawinął do Port Adelaide 8 grudnia 1848 r.

Tutaj okazało się, że jedynie połowa z grupy Weiherta była katolikami. Pozostali okazali się protestantami, którzy jedynie udawali katolików, by “załapać się” na emigrację do Australii. Opuścili zatem Weiherta i towarzyszących mu jezuitów zaraz po przybyciu do Port Adelaide. (1)

PICT0876_editedW owym czasie było w Południowej Australii ok. 4000 katolików wraz z 8 księżmi. Była to liczba niemała, jeśli zważyć, że cała kolonia Południowej Australii zamieszkiwana była wówczas ogółem przez 15485 osób (w tym 8755 mężczyzn i 6730 kobiet – wg. danych z grudnia 1841r.). Biskup Murphy z Adelaide zasugerował Kranewitterowi udanie się 130 km na północ od stolicy stanu, gdyż tam nie było dotąd rzymskokatolickich duchownych. 20 grudnia grupa (a raczej to, co zniej zostalo: 10 czlonkow rodziny Weihertow, dwoch jezuitow oraz 14 innych osob) dotarła do miejscowości Clare. Tam osiedliła się rodzina Weihertow (10 osob). Franz Weihert dożył 88 lat i zmarł 8 października 1875 roku w Sevenhill, jest on pochowany na tamtejszym cmentarzu (zdjęcie obok).

Natomiast rozwój ośrodka w Sevenhill stanowił owoc wysiłku jezuitów. O. Kranewitter od razu zabrał się do pracy. Ten młody wówczas 31-letni Tyrolczyk, który swoje święcenia kapłańskie otrzymał zaledwie sześć tygodni przed podróżą do Australii, wkrótce uzyskał cenną pomoc ze strony dwóch innych jezuitów, braci Johannesa Schreinera i George’a Sadlera (Maximilian Klinkowstroem ze względu na stan zdrowia i niemożność przystosowania do klimatu musiał opuścić Australię).

Duchowni zamieszkali wspólnie w wybudowanej przez siebie chacie w okolicy Neagle’s Rock k. Clare i uprawiali ziemię oraz zajęli się hodowlą zwierząt. I tak jak kilka lat wcześniej kobiety z Klemzig i Hahndorf szły wiele kilometrów pieszo, by sprzedawać owoce swej pracy w Adelaide, tak teraz jezuici z Neagle’s Rock musieli maszerować po 30 km do osady Burra, by sprzedawać masło tamtejszym górnikom. Uzyskane w ten sposób oszczędności wraz z nadchodzącymi z Rzeszy pieniędzmi, dopomogły im w zakupie terenu znanego jako Open Ranges, a stanowiacego niegdyś własność aborygeńskiego ludu Nadjuri.

Ojciec Kranewitter pozostał w Sevenhill aż do 1870 roku, kiedy to został przeniesiony do Melbourne, gdzie przejął opiekę duszpasterską nad tamtejszymi katolikami niemieckimi. Mieszkał razem z jezuitami irlandzkimi, którzy od roku 1865 stworzyli szereg misji niezależnych od misji austriackich. Zmarł nagle 25 sierpnia 1880 roku w wieku 63 lat i pochowany jest w jezuickiej części cmentarza w dzielnicy Kew w Melbourne.

Misja i… wino

PICT0886_editedTam, gdzie dziś stoi kościół św. Alojzego w Sevenhill wraz z budynkiem małego collegium, stał mały budynek (zburzony w 1869 roku), a stanowiący siedzibę pierwszej misji jezuickiej na ziemi australijskiej. W 1852 roku do grupy dołączył kolejny ksiądz, o. Josef  Tappeiner. W tym samym też roku biskup adelajdzki powierzył misji opiekę duszpasterską nad katolikami, nie tylko niemieckimi, ale i pozostałymi, np. irlandzkimi i polskimi, we wszystkich północnych dystryktach południowej Australii. Sami zaś jezuici mieli wręcz ambicję stworzenia centrum katolicyzmu w tych dystryktach, czegoś w rodzaju „małego Rzymu”. Stąd też to oni przemianowali „Open Ranges” na „Sevenhill”, tworząc paralelę z Rzymem – „miastem siedmiu wzgórz”. Mało tego: nawet biegnący w dolinie miedzy tymi wzgórzami strumyk nazwali Tybrem (The Tiber).

PICT0894_editedTrzeba przyznać, że starali się istotnie zasłużyć na miano „małego Rzymu”, gdyż w pewnym okresie jezuici z Sevenhill prowadzili misje wśród Aborygenów daleko na północy, niedaleko Darwin!

Historia Sevenhill kojarzy się w Australii również z nieprzerwana działanością jezuitów jako organizatorów i managerów sporej winnicy. W istocie to oni założyli pierwszą winnicę w Dolinie Clare (Clare Valley). Zaczęli od win mszalnych, ale później rozszerzyli produkcję także na wina innych gatunków. Nawet jednak dzisiaj wina mszalne stanowia okolo 25% produkcji Sevenhill Cellars i są one sprzedawane rozmaitym Kościołom chrześcijańskim. Są one też eksportowane za granicę do Indonezji, Malezji, Indii i Papui Nowej Gwinei. Managerami winnicy byli nieprzerwanie jezuici: br. John Schreiner, br. Franz Lenz, br. Patrick Storey, br. Peter Boehmer, br. George Downey i br. John Hanlon, który sprawował tę funkcję do roku 1972. Obecnym managerem (od 1972 roku) jest br. John May i jego to nazwisko jest drukowane wraz z podpisem na nalepkach butelek: „Br. John May S.J. Winemaker”. Jako asystent pracuje z nim inny jezuita, br. Richard Shortall S.J.

Michał Monikowski
Perth, Australia

Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami część3część5

Przypisy

1. W roku 1848 powodem do emigracji mogły być również wydarzenia tzw. „Wiosny Ludow”. Christine Petschel, która byla 8-letnią pasażerką „Alfreda”, pisała pózniej, już jako żona pionierskiego pastora luterańskiego Hillera w Wimmera w stanie Victoria w swoich wspomnieniach:

„Gdy miałam osiem lat, ojciec zdecydował wyemigrować do Australii z rodziną i dwoma młodszymi bracmi. Dziadek, bedąc świadom, że ci dwaj mogliby zostać powołani do służby (wojskowej – przyp. MM) namawiał ich, by się do nas przyłączyli. Kilka innych rodzin z naszego dystryktu również wyraziło chęć emigracji z tego samego powodu i po gruntownym przedyskutowaniu całej sytuacji zdecydowały się do nas dołączyć”.





Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami – część 3: Lobethal

19 07 2009

Fritzsches Commemoration_editedPodczas gdy niektórzy luteranie wielkopolscy, brandenburscy i dolnośląscy zdecydowali się na emigrację już w 1836 roku i ostatecznie udali się tam z pastorem Kavelem po dwóch latach, inni wciąż jeszcze uważali, że emigrować nie należy. Do tych należał pastor Gotthard Daniel Fritzsche z Turowa, działający na tym samym terenie co ks. Kavel, na pograniczu Śląska i Wielkopolski. Później przyszło mu pracować również na tym samym terenie co Kavel, ale… w Australii.

Gotthard Daniel Fritzsche urodził się 20 lipca 1797 roku w Liebenwerda w Saksonii jako syn miejscowego muzyka. Po ukończeniu studiów teologicznych, a przed planowaną ordynacją na pastora, spędził kilka lat pracując jako nauczyciel. Początkowo był pastorem państwowego Kościoła Unii (we wsi Turowo w Wielkopolsce), z ktorym w końcu jednak zerwał. W 1840 roku napisał w swoim dzienniku (znajdującym sie obecnie w archiwach luterańskich w Australii):

„Stało sie dla mnie jasne, że Kościół „Unii” nie jest tym, za co chce uchodzić i za co ja go uważałem, a mianowicie zjednoczonym, miłującym, umiarkowanym, tolerancyjnym i hojnym Kościołem. Dlatego też zgrzeszyłem, gdy zadeklarowałem (na Wielkanoc 1830 roku), że dołączę do tego Kościoła i że będę używał jego ‚Agendy'”.

Ponieważ pastorzy luterańscy poddawani byli represjom, łącznie z uwięzieniem, ks. Fritzsche zdecydował się zastąpić kolegów i podjął służbę dla luterańskich zborów. Ukrywał się za dnia w szopach i w piwnicach, a podróżował nocami od jednej wspólnoty do drugiej. Do 1840 roku jednak nie był zdecydowany na emigrację. Jego parafie były co prawda przychylne emigracji, ale Kościół jako instytucja nie.

FriedrichWilhelmIVW tymże samym roku zmarł Fryderyk Wilhelm III. Jego następca, Fryderyk Wilhelm IV, zaprzestał wkrótce polityki swego poprzednika i nakazał zwolnienie wszystkich uwięzionych pastorów. Jest zatem całkiem prawdopodobne, że grupa Fritzschego nigdy nie opuściłaby Prus. Wielu luteranów jednak nie wierzyło, że zmiana polityki rządu jest stała. Dodatkowo 9 czerwca 1840 Fritzsche otrzymał list od pastora Kavela, w którym ten zaprosił go oraz całą wspólnotę do południowej Australii. Był to juz zresztą drugi list Kavela (pierwszego z roku 1839 Fritzsche nigdy nie otrzymał). Jest całkiem prawdopodobne, że to właśnie ten list wpłynął na zmianę stanowiska ks. Fritzschego. Natychmiast rozesłał on kopię listu do wszystkich obsługiwanych przez siebie wspólnot na Śląsku i w Wielkopolsce. Ponad 200 osób zdecydowało się na emigrację.

Cała grupa (z okolic Zielonej Góry, Świebodzina, Sulechowa i Międzychodu) zebrała się – tak jak wcześniej grupa ks. Kavela – we wsi Cigacice (Tschicherzig), którą opuściła barkami 6 maja 1841 r., docierając rzekami i kanałem do Hamburga 22 maja. Po drodze zatrzymała się w Berlinie (13 maja) i wybrała się tam na zwiedzanie muzeum. Tam obrzucona została wyzwiskami, a ktoś zasugerował nawet, by ich wszystkich wrzucić do rzeki. Nie był to pierwszy przypadek tego typu. Już w Wielkopolsce niektórych obrzucono kamieniami. W Krośnie Odrzańskim (Crossen) – juz nieco łagodniej – ograniczono się do głośnych uwag typu „gdybym to ja był królem, to już wiedziałbym co zrobić z tymi emigrantami”. Kto inny zaś stwierdził, że „gdyby chodziło o ludzi starych, to jeszcze, ale że tylu młodych wyjeżdża, to czyste szaleństwo”.

„Winnica Chrystusa”

Już w Hamburgu na specjalnym zebraniu w poniedziałek 24 maja 1841 formalnie stworzono wspólnotę kościelną, którą nazwano „Winnica Chrystusa” („Zum Weinberge Christi”). Wybrano starszyznę spośród osób z poszczególnych regionów. Tak więc wiemy, że z grupy Ślązaków wybrani zostali Klar i Grosser, spośród tych z okolic Sulechowa Grocke i Felsch, a z grupy wielkopolskiej Hensel i Bormann.

Ostatecznie 3 lipca 1841 roku duński żaglowiec „Skjold” dowodzony przez kapitana Hansa Christiana Claussena wypłynał z Hamburga z dwustukilkudziesięcioma osobami na pokładzie. Do Port Adelaide dotarł 28 października i nie była to najszczęśliwsza podróż. Cytowany już wcześniej „The South-Australian Register” doniósł lakonicznie 30 października:

skjold„THE SKJOLD” - Statek ten zawinał do Zatoki w ostatnią środe rano z 213 emigrantami niemieckimi. Opuścił Altonę 3-ego lipca, nie przywiózł jednak żadnych wiadomości z Anglii. Podczas rejsu odnotowano czterdzieści jeden zgonów na pokładzie, głównie wśród dzieci. Przyczyną była dezynteria. Wszyscy emigranci udają się do Klemzig, pod nadzór Wielebnego p. Kavela, do czasu uzyskania zatrudnienia.”

Istnieją pewne sprzeczności co do liczby zgonów w czasie rejsu. Cytowane powyżej źródło podaje liczbę 41, a pastor Fritzsche w swoim dzienniku (obecnie również w archiwach luterańskich w Australii) wymienił imiennie 45 osób zmarłych i podał daty ich śmierci. Odnotował także 6 przypadków narodzin podczas podróży. Pierwsze ofiary wirusa zmarły jeszcze przed podróżą w Hamburgu i zostały pochowane na cmentarzu kościoła św. Jerzego (St. Georgskirche) stojącego w pobliżu portu (np. mąż Anny Rosiny Kowald z Zawady k. Zielonej Góry).

1 listopada do Port Adelaide przybyły delegacje z Klemzig i Hahndorf z wozami, by zabrać przybyłych do tych dwóch wsi. Ci, którzy udali sie do Klemzig, później założyli osadę Bethanien w dolinie Barossy, spośród zaś tych, co udali się do Hahndorf, 18 rodzin założyło później wieś Lobethal.

„Am vierten Tage aber kamen sie zusammen in Lobethal: denn darselbst lobten sie den Herrn. Daher heisset die Stätte Lobethal, bis auf diesen Tag.” (2. Księga Kronik 20,26)

PICT0845Miejsce, w którym osiedli, znajduje się na obszarze zwanym Adelaide Hills, a konkretnie w malowniczej dolinie, do której droga z Adelaide prowadzi zboczami wzniesień, przypominających nieco krajobrazy dolnośląskie.
Lobethal założony został przez pastora Fritzschego oraz owych 18 rodzin 4 maja 1842 roku. Pod koniec odprawianego nabożeństwa dziękczynnego Fritzsche zacytował z Biblii Lutra przytoczony powyżej fragment z 2. Księgi Kronik. Ks. Fritzsche prowadził swoją pracę duszpasterską w centrum, jakim stał się dla niego Lobethal. Odwiedzał on szereg wsi i osad, a w samym Lobethal otworzył pierwszą szkołę spełniającą role seminarium duchownego. Było to pierwsze luterańskie seminarium duchowne na półkuli południowej i otwarte zostało w 1845 roku, czyli w tym samym roku, w którym powstał obecny budynek kościoła w Lobethal – najstarszego istniejącego kościoła luterańskiego w Australii.

180px-Original_Seminary_SchoolMieściło się ono w małym budynku, a właściwie w murowanej chatce krytej gontem. Pierwszym zaś seminarzystą został Carl August Hensel z Międzyrzecza (Meseritz). Dziś „chata” seminarium znajduje się wewnątrz budynku lokalnego muzeum zbudowanego celowo wokół niej. O ile seminarium było dziełem pastora Fritzschego, o tyle muzeum powstało dzięki staraniom powojennego imigranta z Litwy nazwiskiem Jonas Vanagas, ktory osiadł w Lobethal w roku 1947.

Fritzsches Grabmal 14 12 2004_editedPastor Gotthard D. Fritzsche zmarł 26 października 1863 roku i został pochowany na starszym z dwóch cmentarzy w Lobethal, gdzie spoczywa wraz ze swoją rodziną i adoptowanym, niepełnosprawnym dzieckiem aborygeńskim.

Do Australii wybierali się pojedynczy emigranci, rodziny lub całe ‘klany’ rodzinne. Przykładem tego jest rodzina Müllerów, których dzieje opisano w szczegółach w książce „Three Brothers from Birnbaum” (czyli dosłownie: „Trzej bracia z Międzychodu”). Wszyscy oni wraz ze swymi rodzinami i dziećmi przybyli wraz z pastorem Fritzsche na pokładzie „Skjolda”. Wszyscy zamieszkali początkowo w Lobethal, ale później rozmaite gałęzie tej rodziny mieszkały w rozmaitych miejscach w Południowej Australii lub Australii w ogóle. Na przykład jeden z członków tej rodziny, Johann (John) Ferdinand Műller, urodzony w Lobethal w 1850 roku, zamieszkiwał później w Hahndorf, Adelaide oraz Stuart (obecnie Alice Springs).

Lobethal pozostał miejscowością o silnych wpływach luterańskich po dziś dzień. Tutejsza parafia luterańska ma zarejestrowanych ok. 500 wiernych. W porównaniu do niej członków Uniting Church jest tu ok. 100, rzymskich katolików ok. 50, anglikanów ok. 25.

Michał Monikowski
Perth, Australia

Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami  część2część4

Poniżej mała „galeria” innych jeszcze fotosów z Lobethal:

PICT0807_edited

Kirche in Lobethal 14  12  2004_editedPICT0822PICT0810_editedGroby w Lobethal_editedPICT0809PICT0834_editedIn Lobethal Dez 1994





Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami – część 2: Hahndorf

18 07 2009

Dirk Meinertz Hahn_editedSpośród miejscowości założonych przez Niemców w Południowej Australii najbardziej znany jest Hahndorf, którego historia zaczyna się w roku 1839, czyli krótko po założeniu Klemzig. Jest to też jedyna z owych miejscowości nazwana po kapitanie statku, który przywiózł emigrantów do Port Adelaide. Kapitanem owym był również Niemiec, Dirk Meinertz Hahn (1804-1860), kapitan żaglowca „Zebra”, który przybył tam 2 stycznia 1839 roku.

 W styczniu 1839 roku do Port Adelaide zawineły dwa niemieckie żaglowce: „Zebra” 2 stycznia (kpt. Hahn) oraz „Catharina” 22 stycznia (kpt. Peter Schacht). Dirk Meinertz Hahn osobiście nie należał do szczególnie religijnych ludzi. Jednak owych 199 (1) pasażerów z “Zebry” zrobiło swoim religijnym ferworem i szczerością wybitnie korzystne wrażenie na kapitanie, postanowił on zatem im dopomóc w osiedleniu. Nie obyło się początkowo bez problemów. Hahn uznał, że ziemie w okolicach Klemzig nie są wystarczająco żyzne, chciał im zatem pomóc w znalezieniu lepszego miejsca do osiedlenia. Niejaki Osmond Gilles, do którego Hahn zwrócił się poczatkowo o wydzierżawienie ziemi przybyłym luteranom, odmówił swej zgody na to, gdyż ludzie ci dużo się modlili i śpiewali wiele pieśni kościelnych, jego zaś doświadczenie uczyło go, że tacy ludzie są na ogół leniwi. W końcu jednak Hahn uzyskał dla swych podopiecznych nienajgorszę ziemię na wzgórzach w rejonie Mt Barker, ok. 40 km od Port Adelaide (2) Przenosiny zajęły około trzech miesięcy, gdyż trzeba było (w 30-40 stopniowym upale) przenieść pod górę cały dobytek (ludzie nie mieli pieniędzy na zakup lub choćby wynajęcie koni tub wołów), a przecież należało również czymś się odżywiać (na zakup żywności też nie było środków) wobec czego zbierano i gotowano po drodze zioła i korzenie oraz polowano na possumy, jaszczurki i kangury. Te długie przenosiny nie przeszły niezauważone przez miejscowych Brytyjczyków (3)

Alt Hahndorf 1Wieś, którą założono (ulicówka) nazwano, na cześć kapitana “Hahndorf”, którą to nazwę posiada ona po dziś dzień, z przerwą na lata 1917-1935, kiedy to zmieniona ona została na „Ambleside” w wyniku antyniemieckich nastrojów (bardzo zresztą podsycanych przez rząd) podczas I Wojny Światowej.

W ciągu jednak kilku miesięcy ci ludzie, co po drodze zbierali zioła, by wyżyć, zaczęli (wspólnie z tymi z Klemzig) zaopatrywać Adelaide w żywność produkowaną w swoich wsiach. Kobiety z Hahndorf wstawały o 3 lub 4 rano i niosły na plecach jajka, masto i mleko do Adelaide, późnym zaś popołudniem udawały się w drogę powrotną. Dziewczęta szybko zdobyły sobie uznanie w strzyżeniu owiec.

John Bull, na którego powołaliśmy się już w poprzedniej części, pisze  otwarcie, że Niemcy zostali przy zakupie ziemi po prostu nabrani: panowie Dutton, Finniss i McFarlane, którzy nabyli swoje grunta w okolicach późniejszego Hahndorf płacąc £1 za akr (1 acre = 0.4ha) sprzedali ją następnie Niemcom po cenie £7 za akr, w sumie “kosząc” £1,680 za 240 akrów. Procent zaś (gdyż niezbędna była pożyczka) wynosił 10%. Szybko jednak osadnicy powetowali sobie ową transakcję swoją własną ciężką pracą. Ponieważ wówczas kwitła w kolonii niebotyczna spekulacja ziemią (“tanio kupic – drogo sprzedać”), więc spekulanci, zbijając forsę na takim handlu, nie byli zainteresowani uprawą czy hodowlą. Niemcy zaś ze stosunkowo nawet nieurodzajnej ziemi byli w stanie wyżyć i to nienajgorzej. Wkrótce też stać ich było na to, by do zakupionej poprzednio ziemi dokupić jeszcze więcej, w ten sposób powiększając dwukrotnie obszar Hahndorfu.

O roli pastora Kavela w miejscowej społeczności Bull pisze w ten sposób:

„Wplyw pastora Kavela był ogromny, jego osobiste zaangażowanie na rzecz rodaków było niewyczerpane przy jednoczesnym samozaparciu, co w efekcie doprowadziło do stworzenia wspólnoty znanej z prawości i poszanowania dla naszego prawa; a jak świadczą annały Sądu Najwyższego, nie było ani jednej instancji, by ktokolwiek z jego społeczności został skazany za poważne przestępstwo”.

Jednym z praktycznych dowodów wspierających powyższą tezę jest fakt, że przez dłuższy czas nie było w Hahndorf żadnego posterunku policji. Był on tam po prostu zbędny.

JohnBullJedną z lepiej zapamiętanych i barwnych postaci wśród mieszkańców-założycieli  Hahndorf był przybyły na pokładzie „Zebry” Gottfried Lubasch pochodzący ze wsi Rosin (Rissen) k. Sulechowa. Gdy miał lat 26, był sierżantem pruskiej artylerii i słuzył w armii marszałka Blűchera. Brał udział w bitwie pod Ligny (16 września 1815), a dwa dni później pod Waterloo, za udział w której otrzymał medal Waterloo. John Bull (przedstawiony na ilustracji obok) wspomina go jako “starego sierżanta”:

“Wiele ciężkich bitew słownych stoczyłem ze starym sierżantem, lecz nigdy nie udało mi się go przekonać, że bitwa pod Waterloo była już wygrana przed nadejściem starego Blűchera. Lubasch twierdził, że był w wysuniętym oddziale dział, które, odprzęgnięte, oddały pierwszą salwę i uratowały, jak twierdził, armię angielską” (w rzeczywistości Napoleon i Wellington osiągnęli mniej więcej „remis” zanim nadeszli Prusacy – przyp. MM).

Deutsche Waffen_editedGottfried Lubasch otworzył w Hahndorf najpierw mały lokal gastronomiczny, a następnie hotel z restauracją, który nazwał “German Arms” (czyli „Oręż Niemiecki”) dla przypomnienia Anglikom roli armii pruskiej pod Waterloo i który  pod tą samą nazwą  istnieje po dziś dzień (p. zdjęcie obok). Hahndorf jest zresztą tą miejscowością, która zachowała stosunkowo najwięcej starych budynków z XIX stulecia. Przykładem tego jest – obok „German Arms” – stary młyn z 1842 roku (obecnie odrestaurowany i służący jako restauracja „Old Mill”), stara kuźnia z 1870 roku (obecnie sklep z pamiątkami) czy też pierwsza szkoła luterańska (1839) znana jako „Hahndorf Academy”, pełniąca obecnie funkcję galerii sztuki. 

Old MillW Hahndorf wciąż stoją dwa kościoły luterańskie: starszy, kościół Św. Michała, zbudowano w 1858 roku. Pierwszy budynek – podobny w charakterze do tego z Klemzig – powstał w 1840 i dedykowany został jeszcze przez pastora Kavela. Później jednak pieczę nad tą parafią przejął pastor Fritzsche (patrz: część trzecia „Lobethal pastora i Sevenhill jezuitów” oraz Epilog) w związku z podziałami wewnątrzluterańskimi w Australii.  Drugim z istniejących tam kościołów luterańskich jest kościół Św. Pawła z roku 1890. Pierwotny jego budynek powstał w roku 1858. Obecny, z roku 1890, zaprojektowany przez architekta F.W. Danckera z Adelaide powstał w rocznicę zbudowania pierwszego budynku kościoła Św. Michala. Parafia Św. Pawła tradycyjnie była parafią zwolenników pastora Kavela.

PICT0750_editedPo zwycięskim zakończeniu wojny z Francją w 1871 roku, kanclerz Otto von Bismarck nakazał odlanie z broni użytej w tej wojnie pewnej liczby dzwonów dla kościołów luterańskich w Europie. Jeden z tych dzwonów trafił do kościoła Św. Michała w Hahndorf i był używany aż do roku 1946, kiedy to przeniesiono go do miejscowej szkoły luterańskiej. Podobnie po I Wojnie Światowej jeden zdobyty we Francji przez Australijczyków niemiecki moździerz (“Minenwerfer”) przywieziony został z Europy i ustawiony przy głównej ulicy w Hahndorf, gdzie stoi on po dziś dzień.  

Nie spoób pominąć również cmentarza w Hahndorf. Kiedyś były tam trzy cmentarze: najstarszy wokół kościoła św. Michała, na którym pozostało po dziś dzień jedynie kilka grobów; drugi wokół miejscowością. Na najstarszych nagrobkach odczytujemy, zapisane najczęściej w gotyku, nazwy miejsc urodzenia pierwszych tutejszych kolonistów: Nickern (czyli: Niekarzyn), Kranz bei Bomst (Kręcko koło Babimostu), Rakau (Raków), Unruhstadt (Kargowa, dawn. Unrugowo), Clausthal, Berlin, Posen (Poznań).  Cmentarz ten jest wciąż użytkowany. W roku 1968 spoczął tam jeden z lepiej znanych artystów australijskich, urodzony w Hamburgu (1877), a zamieszkały i tworzący w Hahndorf malarz Hans Heysen. http://images.google.com.au/images?hl=en&lr=&q=Hans+Heysen&btnG=Search

Michał Monikowski
Perth, Australia

Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami  część1część3

Poniżej prezentujemy małą „galeryjkę” fotosów z Hahndorf:
 
Alt Hahndorf 2Alt Hahndorf 3Hueppauff aus LiegnitzPICT0781_editedPICT0746_editedPICT0766PICT0775PICT0752_editedMarschner aus Bomst_editedThiele aus Nickern_editedPICT0788_editedPICT0780_editedPICT0774_editedPICT0770_edited
 
Przypisy:

 

 

1. Nie istnieje żadna zachowana oficjalna lista pasażerów „Zebry”. Liczby podawane w rozmaitych źródłach różnią się między sobą nieraz znacznie i wahają się w granicach 129 do 199. Jeżeliby odjąć od liczby 199 osób notowane zgony 6 dorosłych oraz 5 dzieci, to zostawałoby 188 osob, które dotarły do Port Adelaide. Są jednak źródła podające liczbę 129 osob, które wsiadły na żaglowiec parę miesięcy wcześniej w Hamburgu i z których owych 11 osób zmarło podczas rejsu. Zdecydowaliśmy się jednak na liczbę 199 osób, gdyż taką podaje w swoich notatkach kpt. Hahn.

2. Zainteresowanie kapitana Hahna okazane pasażerom jego statku nie uszło również uwadze brytyjskich obserwatorów w Australii. Oto co pisał „The South Australian” w środę 23 stycznia 1839 roku:

„Zebra

Stanowi dla nas przyjemność najszczerszą móc opublikować nastepujące wdzięczne świadectwo opieki i uważania okazanego przez Kpt. Hahna ze statku „Zebra” przybyłego  ostatnio do tej kolonii z Hambro (t.j. ‘z Hamburga’ – przyp. MM). Od sposobu, w który kapitanowie statków z emigrantami pełnią ważne swe obowiązki zalezy tak wiele komfortu i szczęścia pasażerów, że nie powinna być stracona okazja zaświadczenia uznania kolonistów, gdy tylko odpowiednia sposobność po temu się nadarzy. Kapitanowi z „Prince George” oraz Kapitanowi Hahnowi z „Zebry”, (obydwa z emigrantami z Niemiec) należy się wielka pochwała za ich jednoznaczną życzliwość i uważanie okazane powierzonym ich opiece, i sugerowalibyśmy Pełnomocnikom słuszność przyznania premii tym Kapitanom, którzy w bezpieczny sposób przywożą emigrantów i pasażerów i których dowodzenie jest tak godne polecenia.

City of Adelaide, South Australia 

19 stycznia, 1839.” 

3.  W części pierwszej, tej o Klemzig, cytowaliśmy obszerne fragmenty artykułu z „Southern Australian”. W odpowiedzi nań pewien czytelnik, podpisujący się jako „Salus Populi”, a posiadający wyraźne zacięcie do odmalowywania scen rodzajowych i religijnych (być może duchowny?), napisał do redakcji tej gazety list, który opublikowany został 15 maja 1839 roku, a opisujący wrażenia autora będącego świadkiem wspomnanych powyżej przenosin pasażerów „Zebry” do ich nowego miejsca zamieszkania:

„(…) w czynionym przez Pana wyliczaniu dobrych cech owych Niemców nie doszukałem się jakiejkolwiek wzmianki o najbardziej wzniosłym rysie w ich charakterze – o ich skrupulatnym obchodzeniu Dnia Pańskiego. Ich pełen samozaparcia duchowny dzieli swój czas, jak mniemam, pomiędzy tą oraz bardziej odległą osadą swych rodaków. Czy jednak on z nimi jest czy nie, nie pozwala się, by Dzień Pański nie był świętowany. Byłem świadkiem najbardziej ujmującej sceny kilka niedziel temu; grupa tymczasowych chat na szczycie łańcucha gór Mount Lofty wskazywała miejsce, gdzie niektórzy z owych pielgrzymów zatrzymali się na wypoczynek w drodze do dystryktu Mount Barker, w którym zakładają swą osadę.(…) Można było spostrzec starego człowieka w jednej z owych chatek, czytającego z dużego notatnika grupie uważnych dzieci. W innej chacie pewien mężczyzna leżał na materacu, jednak modlitewnik był w jego ręku i najwyraźniej przyciągał jego największą uwagę. Lecz w cieniu wspaniałego eukaliptusa, siedząc czy to na stołkach czy klocach przyniesionych z chat, czy to na powalonym pniu drzewa lub też, w przypadku młodszych członków kongregacji, po prostu na ziemi, grupa około dwudziestu paru osób słuchała z uwagą czytania (…) i co jakiś czas pobożni zebrani wstawali jednocześnie, by śpiewać w najbardziej zachwycającej harmonii którąś z pieśni Pańskich, często przedtem spiewanych w ich własnym kraju. Był to temat dla malarza – szerokie równiny w dole ze swymi rzadkimi zagrodami wdzierającymi się w miejsca będące do niedawna jeszcze niepodzelną domeną kangurów i emu. Wzgórza z tyłu, rozpościerające się wyżej i wyżej, oddzielające nas od bezkresnych równin, takich jak te między Zatoką a nami, które w niedługim już czasie mogą falować złotym plonem i być znaczone spiczastymi wieżami miejsc chrześcijańskiego kultu, w których tubylcy będą mogli wyznawać religię Zbawiciela. Bezchmurne niebo w górze i niewzburzony ocean w oddali, tworzyły panoramę szczególnie cieszącą oko. Lecz scena, którą usiłowałem opisać – cisza lasu przełamana świąteczną muzyką prostych wiernych; ta przemawiała do serca, i mógłbym sobie życzyć, by wielu co nie zauważają powrotu tego świętego dnia odpoczynku, było tam ze mną, by zobaczyć ten poruszający widok, uchwycić te pobudzające melodie, gdy wznosiły się niczym wdzięczne kadzidło ku Temu, co pokrył gaj zielenią, co rozpostarł niebiosa, i co dzierży w Swej dłoni szeroką przestrzeń wód…”  (Cytowane za: D.Schubert. Kavel’s People. Lutheran Publishing House, Adelaide 1985, str. 92)

Michał Monikowski
Perth, Australia





Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami – część 1: Z Klępska do… Klępska

17 07 2009

kavel_editedPierwszymi, którzy nazywali siebie Australijczykami, byli Niemcy. Pierwsi Niemcy zaczęli przybywać do Australii w pierwszych latach XIX wieku. Pierwszymi zaś zorganizowanymi grupami osadników niemieckich były grupy staroluteranów, które przybywać zaczęły w drugiej  połowie lat trzydziestych tego samego stulecia. Pochodziły one z pogranicza wielkopolsko-brandenbursko-dolnośląskiego. To ich historię prezentujemy poniżej. Pierwszą z tych grup była grupa, której przywódcą był August Kavel, pastor ze wsi Klemzig (dzisiaj „Klępsk”) koło Zbąszynia (Bentschen).

Der „Kirchenstreit” in Preussen

FW III mit seiner Familie.xred.util_editedU źródeł emigracji luteranskiej leżały… wysiłki na rzecz zjednoczenia kościołów. Król Prus, Fryderyk Wilhelm III von Hohenzollern zamierzał doprowadzić pod swoim panowaniem do zjednoczenia protestantów w jeden kościół. Wysiłki w tym celu podjął on około roku 1817. W 1821 roku wprowadzono nową księgę regulującą zasady sprawowania nabożenstw („Agende”), w tym Eucharystii. Zawarte w niej reguły spotkały się ze sprzeciwem wielu luteranów, dla których oznaczały one kompromis nie do przyjęcia w sprawach wiary. Ów konflikt kościelny, który był tego rezultatem („Kirchenstreit”), okazał się szczególnie silny począwszy od roku 1830, gdy odbywały się obchody trzechsetlecia Konfesji Augsburskiej. Wtedy to król, wydanym przez siebie dekretem, zażądał, by uroczystości te obchodzono zgodnie z wydanymi 9 lat wcześniej regulacjami.(ilustracja Friedrich Wilhelm III) Opozycja wobec owego dekretu znalazła największy oddźwięk we Wrocławiu, stolicy Śląska, a jej głównymi przywódcami byli dr J.G. Scheibel, dr G.P.E. Huschke oraz H. Steffens (wszyscy z Wrocławia).

Początkowe proby skłonienia opornych do zaakceptowania unii za pomocą zachęty i perswazji nie przyniosły stuprocentowo pozytywnych rezultatów. Toteż, począwszy od roku 1834, stosować zaczęto środki przymusu. Duchownym odmawiającym stosowania się do instrukcji odbierano prawo sprawowania posługi duszpasterskiej, a miejsce ich zajmowali duchowni – zwolennicy unii i posłuszni dekretowi. Nabożenstwa odprawiane prywatnie zostały zakazane, a ich uczestnicy karani byli aresztem oraz grzywnami. Pastor luterański chrzczący dziecko karany był grzywną 50 talarow, dziecko zaś poddawane było ponownemu chrztowi przez pastora unii.

Do jednej z bardziej spektakularnych akcji zjednoczeniowych doszło we wsi Hoenigern w pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia 1835 roku. Około 400 żołnierzy piechoty oraz 50 huzarów z bagnetami i szablami wypędziło kobiety z miejscowego kościoła luterańskiego i wprowadziło tam pastora unii. Wojsko zatrzymało się we wsi tak długo, aż wreszcie luteranie uczęszczać znowu zaczęli na nabożenstwa.

Takie i podobne wydarzenia zrodziły w wielu chęc wyemigrowania. W ‚modzie’ było wówczas emigrowanie do USA oraz do Rosji. Ale do… Australii?

Um des Glaubens willen nach Australien

250px-George_Fife_Angas[1]Pastor Kavel zamierzał początkowo zorganizować emigrację do USA i w tym celu udał się do Londynu. Spotkał tam jednak pewnego szkockiego przedsiębiorcę, baptystę nazwiskiem George Fyfe Angasa. Człowiek ten założyl krótko wcześniej firmę pod nazwą South Australian Company i poszukiwał chętnych do pracy w Południowej Australii. Pastor Kavel ze swymi staroluteranami wprost „spadł mu z nieba”. Ponieważ od roku 1837 pewna liczba niemieckich rzemieślników już dla niego pracowala i był on z ich pracy zadowolony, przeto postarał się on (i to skutecznie), by Kavel zamiast do Ameryki, skierował swoją wspólnotę do Australii.

Nie od razu jednak było to możliwe, gdyż władze Prus początkowo nie zamierzały zgodzić się na emigrację zdyskontentowanych luteranów. A nawet gdy już udzielono zgody (1), wciąż opóźniano wydawanie im paszportów. Czyniono tak nawet wówczas, gdy wielu z nich posprzedawało swój dobytek. W międzyczasie pastor Kavel i Angas utrzymywali kontakt listowny. W jednym z listów do Angasa Kavel wspominał przypadek pewnego dolnośląskiego właściciela ziemskiego, „barona von Koszutski”, który za współpracę z luterańskimi opozycjonistami oraz za udzielanie w swym domu gościny nielegalnym nabożeństwom, ukarany został przez władze utratą części majatku oraz uwięzieniem na kilka miesięcy.

Pierwsza grupa, licząca ponad 200 emigrantów wyruszyła na barkach ze wsi Cigacice (Tschicherzig) 8 czerwca 1838 roku. Płyneła Odrą aż do kanału, dalej Szprewą do Berlina (17 czerwca). Następnie Hawelą i Łabą do Hamburga http://www.henschke.com.au/about/heritage/reasonsformigration.asp . Tam jednak wypadło poczekać ponad miesiąc zanim można było wejść na pokład statku. Przyczyną było właśnie wspomniane opóźnianie wydania paszportów. Z Hamburga grupa zabrana została dwoma żaglowcami (“Prince George” i “Bengalee”) w ponad czteromiesięczną podróż do Australii (8 i 9 lipca), do której udać się można było opływając po drodze całą Afrykę (nie było jeszcze Kanalu Sueskiego). Obydwa żaglowce dopłynęły w okolice Port Adelaide 16 listopada (“Bengalee”) oraz 18 listopada (“Prince George”).  Nieco później wypłynęły z Hamburga dwa inne statki: “Zebra” oraz “Catharina”.

Żaglowcem “Prince George” przybyły do Południowej Australii rodziny z następujących miejscowości: Okunin (Langmeil), Klępsk (Klemzig), Kargowa (Unruhstadt), Kolesin (Goltzen), Żółków (Salkau), Karczyn (Harthe), Krężoły (Krummendorf), Trzciel (Tirschtiegel), Łęgowo (Lang Heinersdorf), Kępsko (Schönborn), Ostrzyce (Ostritz), Kielcze (Keltschen) oraz Kije (Kay).

Z około 500 pasażerów z owych czterech statków w drodze zmarło 30 ( 14 na “Prince George”, 12 na “Zebrze” i 4 na “Catharinie”).

Aus Klemzig nach… Klemzig

KlepskMiejscem, do którego dopłynęły żaglowce, było położone o 1 kilometr na północ od dzisiejszego Port Adelaide miejsce zwane wówczas „Port Misery”. Nazwa jak najbardziej trafna, gdyż oprócz mokradeł i błota było tam niewiele. Stamtąd wyprawiano się na poszukiwanie odpowiedniego miejsca na osiedlenie. Wybrano ziemię stanowiącą własność Angasa, a położoną ok. 7 km na północny wschód od centrum Adelaide. Założoną w ten sposób wieś nazwano „Klemzig”, czyli tak jak tę opuszczoną w Niemczech, w której drewnianym kościele pastorem był Kavel.

Wielu autorów południowoaustralijskich pozostawiło swoje wspomnienia o Niemcach. Jednym z wybitniejszych był John W. Bull. W swej książce “Early Experiences of Colonial Life”, (na pozycję tę przyjdzie nam się jeszcze powołać) napisał między innymi, ze Angas, „ów zamożny i skłonny do dobroczynności gentleman nigdy nie uczynił lepszego użytku ze swych pieniędzy niż wtedy, gdy użyczył tej grupie luteranów środków na imigracje do tej kolonii, by mogli oni uciec od prześladowań, którym poddani byli w swym własnym kraju”.

“Aż do momentu ich przybycia mieszkańcy Adelaide byli niewystarczająco zaopatrywani w warzywa oraz nabiał i to po horrendalnych cenach – masło po 2 szylingi i 6 pensow za funt, jaja po tej samej cenie(…) Po jakims czasie zaczęto widywać cały sznur matron i dziewcząt udających się w drogę do stolicy w swych niemieckich strojach”.

Żywność sprzedawały w stolicy bardzo tanio, więc popyt był zapewniony. Można było zatem zaoszczędzić trochę grosza. Wkrótce też osadnicy pozbyli się długów zaciągniętych uprzednio na zakup ziemi.

Oddajmy na chwilę głos innemu świadkowi omawianych wydarzeń. W sposób bowiem typowy dla angielskiego dziennikarstwa owych lat scharakteryzował on nowo powstałą osadę oraz ich mieszkańców. Poniżej cytujemy większą część owego opisu zamieszczonego 1 maja 1839 roku w „Southern Australian”:

„(…) Jak Adelaide, otoczony jest on majestatycznymi drzewami i w wielu miejscach oferuje bliskie widoki naszego wspaniałego łancucha wzgórz. Rzeka wije się obok wsi i o tej porze roku posiada wodę o znacznej głębokości. Aura spokoju przenika to miejsce, będące dokładnie takim, jakie wyobraźnia odmalowałaby jako przystań prześladowanej pobożności.

Klemzig_editedPrzedsiębiorczość i spokojna wytrwałość niemieckiego charakteru zostały w Klemzig rozwinięte w całej pelni. Minęło zaledwie cztery do pięciu miesięcy odkąd ludzka ręka poczęła tutaj usuwać znamiona dzikości, a już zbudowano niemal trzydzieści domów - niektóre z nich dobre i obszerne. Wszystkie one sa schludne, czyste i wygodne. Są one przeważnie zbudowane z pise (t.j. z ubitej gliny – przyp MM) lub z niewypalonej cegły stwardniałej od słońca. (…) (patrz: akwarela George’a Frencha Angasa – i niejako dla porównania – to samo miejsce obecnie, zdjęcie robione w grudniu 2004).

PICT0639_editedSami mieszkańcy są niemniej interesującymi obiektami kontemplacji. Przybysz zastanie ich, wszystkich co do jednego, zajętych oraz pogodnych niczym angielskie pszczoły na wiosnę. Poza domem pielą lub podlewają albo budują, albo łowią, doją, myją, ścinają drzewa lub niosą wodę. (…) Nawet dzieci, zbyt małe by pracować, jednak wystarcząjaco duże, by się uczyć, znajdziemy podczas godzin szkolnych, pobierające naukę od swego znakomitego i niezmordowanego pastora.

Przybysza uderza miłe usposobienie i grzeczne maniery tych ludzi. Mężczyzna unosi kapelusz, gdy cię mija i kłania się z zachowaniem odległym od prostactwa i służalczości. Kobieta, choć może ugina się pod ciężarem niesionego drewna, usmiecha się, okazując przechodzacemu przybyszowi wyraz pełnej szacunku uprzejmości. Nawet nieliczni tubylcy pomagający im w niektórych pracach, zdają się przejmować ich ducha, postępując z rezerwa i nie narzucając się.

Nie uwłaczamyw niczym naszym pracującym rodakom w Adelaide jeśli stwierdzimy, że mogą oni pobrać jedną lub dwie użyteczne lekcje od naszych niemieckich braci z Klemzig.

Ufamy, że powyższe obserwacje nie zostaną przyjęte jako będące nie na miejscu. Uważamy bowiem, że nasi sąsiedzi zasługują na uwagę z naszej strony. Wygnani z własnego kraju, gdyz nie ugięli się przed tą najgorsza formą tyranii usiłującą skuć łańcuchami ludzkie umysły i dyktować im wiare, przybyli tutaj, wznieśli swój ołtarz wśród nas i prezentują nam model praktycznej kolonizacji wart naszego indywidualnego naśladownictwa.” (2)

Dedication_editedDziś wieś ta, wciąż zachowująca swoją nazwę, stanowi dzielnicę Adelaide. Pierwotnych domów pionierskich już tam nie ma. Nie ma również niegdysiejszego kościoła luteranskiego – pierwszego kościoła luterańskiego w Australii  ani małego cmentarza naprzeciwko niego.  W miejscu , w którym się ten cmentarz znajdował, jest dzisiaj Pioneer Memorial z metalowymi tablicami w miejscach grobów niektórych z pochowanych tam mieszkańców oraz skromny postument, wystawiony tam w roku 1936.

Michał Monikowski
Perth, Australia

Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami  część2

 Przypisy:

1.  Po mniej więcej dwóch latach oczekiwania otrzymano zgodę króla Fryderyka Wilhelma III, wydana 10 marca 1838 roku:

„Z wielkim bólem dowiedziałem się, ze niektórzy z moich poddanych, skądinąd dobrzy i religijni ludzie, lecz zaślepieni i zmyleni przez fanatyzm i herezję i nie ufający moim ojcowskim deklaracjom i napomnieniom, uparcie oddają się iluzji, że stare nauczanie luterańskie ma zostać zakazane – co oczywiście nigdy nie było naszą intencją. Nie zwracając przeto uwagi na nic, co mogłoby to dla nich uczynić rzeczą jasną, są oni całkowicie przekonani o czymś wręcz przeciwnym i przygotowują się wręcz do opuszczenia swych miejsc rodzinnych, aby, jak sądzą, poszukiwać staro-luteranizmu tysiące mil od domu, w Południowej Australii, dokąd fanatyczni liderzy zamierzają ich zabrać, aby tam oddać się całkowicie swym religijnym, fanatycznym planom utopijnej niezależności, jak ją sobie uformowali w swej imaginacji.

Tymczasem, jeśli zwiedzeni mieliby silę oderwać się od owych hipokrytów, którzy ich usidlili i sprowadzają na nich utrapienie wahaniem sumienia, to mogliby, tak jak do tej pory, pozostać wierni i lojalni starym, niezafałszowanym naukom luterańskim zachowanym w Konfesji Augsburskiej. W żadnym wypadku nie mogło być powodu do obaw przed dyskryminacją ich wiary, jako że otrzymali już oni zapewnienie, że gdy tylko tego zechcą, ich pastorzy mogliby formalnie zobowiązać się do nauczania i głoszenia niczego innego niż wspomniana wyżej doktryna luteranska.

Dlatego też zawróćcie wy, którzy jesteście zwiedzeni! Jest jeszcze czas, by zaniechać kroku, którego z całą pewnością przyjdzie wam żałować, a który nie może przyczynić wam dobrobytu wiecznego ani doczesnego. Jeśli jednak zamierzacie upierać się zawzięcie przy kroku, na który zdecydowaliście się, nakazuję wam ściśle przestrzegać wydanych nakazów dotyczących emigracji, w którym to wypadku mogę jedynie was żałować, lecz muszę  pozostawić was waszemu losowi.”

(Schubert, David :Kavel’s People. From Prussia to South Australia”. Lutheran Publishing House, Adelaide 1985, s.64;  Iwan, W.: “Um des Glaubens willen nach Australien”, 1931, s.131)

2.  Cytowane za: D.Schubert. Kavel’s People. Lutheran Publishing House. Adelaide, 1985, s. 87-88

 Możemy się oczywiście domyślic, że osobami emigrującymi do Australii kierowały nie tylko motywy idealistycznej natury. Niemiecki autor W. Iwan w wydanej w Niemczech przed wojną książce „Um des Glaubens willen nach Australien” („Dla wiary do Australii”) cytuje zachowane jeszcze wówczas w Klępsku uwagi następcy Kavela, pastora W. Kaufmanna, dotyczące emigrantów:                                                                                                                                                                                                            

  „(…) Myliłby się jednak ten, kto uważałby, że wszystkie emigrujące dorosłe osoby były świetlanymi przykładami chrześcijan. Nastepujące osoby zasługują na zaszczytne wspomnienie: panna Anna Elisabeth Hönke, panna Anna Rosina Rau, ogrodnik Georg Bothe, krawiec Rau i jego żona, leśnik Fiedler i jego żona oraz ogrodnik Lange. Nie bez chrześcijańskiego oświecenia i wiedzy, w sumie niepozbawionymi żywej wiary byli: żony mieszkańca  Miegela i kołodzieja Petrasa, wdowa Rau, robotnik Hönke, ogrodnik Hönke, krawiec Hönke, wieśniak Thiele, murarz Schultz, slużący Jentsch, ogrodnicy Zilm i Pölchen oraz wieśniak Weber. Większość dorosłych była duchowo martwa lub nie posiadała rozeznania, by dać świadectwo wiary. Niektorzy z nich szukali ziemskiej fortuny, doczesnej wolności i doczesnego dobrobytu.. Większośc wyjechała, gdyż inny członek rodziny zdecydowal się to uczynić. Bez jakichkolwiek zasług byli slużący Schultz, kołodziej Petras, pijak i hazardzista, cieśla Bothe, rownież pijak i hazardzista, robotnik Schubert, prożniak, żona robotnika Hönkego, zlodziejka i kłamczyni, żona robotnika Christiana Rau, kobieta nieopanowana oraz parę innych osób, które łatwo dało się zastąpić.

Chwała niechaj będzie Bogu, który poprzez swe zbawcze działanie i łaskawe czuwanie Jego Ducha w ciągu moich trzech lat pracy tutaj, zastąpił również wszystkich tych emigrantów, którzy posiadali żywą wiarę. Tak, wieczna chwała niech będzie jego łasce, miłości i wierności. Amen!”

(Schubert, David :Kavel’s People. From Prussia to South Australia”. Lutheran Publishing House, Adelaide 1985, s.71)





Maria, córka Izydy

16 07 2009

IzydaMariaZostałem zaproszony swego czasu w Magazynie „Semper Reformanda” przez Red. Tomasza Terlikowskiego (w odpowiedzi na parę komentarzy) na wycieczkę po kulcie maryjnym. Zaproszenie z radością przyjąłem. Przyjąłem je  i dlatego, że tajemnic jest tu więcej niż w różańcu. Kult maryjny oraz bazowana na nim dziedzina teologii, zwana „mariologią” nie istniałyby, gdyby nie znacznie starsze odeń i od całego chrześcijaństwa inne religie i systemy wierzeń. Wśród kultów znanych historycznie najpopularniejszy był niegdyś kult Izydy, znanej w Egipcie pod imieniem „Aset”.

Dziedzictwo naszych przodkówTomasz Terlikowski na moje wcześniejsze komentarze odpowiedział wówczas artykułem, który nazwał nawet  „pierwszym listem” (szkoda, że już nie było następnych!), skierowanym do mnie jako do „gnostyka Michała”. Prezentowany tu tekst był odpowiedzią na ten jego artykuł.  Wprowadzono doń jedynie kilka nieznacznych korekt.

 

 

Przede wszystkim pragnę zacząć od wyjaśnienia pewnego nieporozumienia, gdy chodzi o gnostycyzm. Nie biorę go Autorowi za złe, jako że zdarza się ono bardzo często. Chodzi mianowicie o założenie, że dla gnostyków Bóg jest kimś „nieobecnym” oraz że jest on jedynie Bogiem Ducha, a nie materii. Faktem jest, że istnieją zachowane informacje, o bardzo szczątkowym charakterze, pochodzące zarówno z czasow antycznych, jak i późnego Średniowiecza, sugerujące takie nastawienie samych gnostyków. Mało jednak wiemy o rozmaitych odmianach gnostycyzmu i jego poglądów na ten temat. Jakkolwiek by jednak nie było, faktem jest – i to nawet bardziej decydującym – że gnostycyzm zmieniał swój charakter wraz z upływem czasu szybciej niż oficjalna kościelna ortodoksja. Stąd też np. rzymski katolicyzm, pomimo niewątpliwych zmian jest wciąż bardziej podobny do katolicyzmu XIII-wiecznego niz dzisiejszy gnostycyzm do katarskiego (semi-) gnostycyzmu. Dzieje się tak dlatego, że o ile ortodoksyjne chrześcijaństwo zaliczane jest do t.zw. religii objawionych, t.j. religii bazujących na przekonaniu, że Bóg objawił pewne niezmienne fakty na swój temat (np. w Biblii), to chrześcijaństwo gnostyckie bazuje na założeniu, że poprzez stopniowe poznawanie siebie oraz otaczającej rzeczywistości jesteśmy w stanie zbliżać się stopniowo do Boga. Bóg gnostykow doby dzisiejszej to Bóg, którego obecnośc odkryć można wszędzie. Bóg gnostyków zatem to nie tyle Bog „nieobecny”, lecz raczej „nieznany”, którego w związku z tym trzeba stopniowo poznawać. To Bóg, który nazywany jest często „ineffable” (dosł. „niewysłowiony”), ale nie dlatego, że się on nie „wysławia”, lecz dlatego, że trudno go scharakteryzować na podstawie takich czy innych przekazów, włączając „kanoniczne”.

Ten długi wstęp niechaj stanie się swego rodzaju wprowadzeniem w podstawowe różnice zachodzące w odbiorze problematyki religijnej przez obie strony: prawowierną i gnostycką.  Niejednokrotnie tak się bowiem składa (a miałem okazję rownież na tym portalu się z tym zetknąć), że polemiści niejako „przywołują” kogoś do porządku niejako z góry zakładając, że któreś z antycznych alegorii powinny charakteryzować poglądy gnostyków, stwierdzając np. „przecież ty, jako gnostyk…” (i tu następuje odwołanie sie do jakichś archaicznych wierzeń i alegorii sprzed co najmniej półtora tysiąca lat). Alegoria to jedynie sposób wyrażenia pewnej myśli, tak jak Jezusowe przypowieści to też nie „true stories”, tylko wytwór ludzkiej wyobraźni. Inaczej skończylibyśmy na rozumieniu Królestwa Niebieskiego np. jako garści nasion.

Nie staram sie występować tutaj jako reprezentant gnostycyzmu, lecz osoba prezentująca prywatne poglady, a przyznająca się do gnostyckiego rozumienia religii i będąca jednocześnie członkiem Kościoła Katolickiego – i to bez przerwy, od dzieciństwa. Nigdy bowiem nie byłem członkiem jakiejkolwiek innej wspólnoty kościelnej, choc tu w Australii często (a nawet częściej) bywam w innych kościołach niż katolicki.

Nie jest prawdą Twoje założenie Tomaszu, że neguję uzasadnienie wiary chrześcijan w Marię na przestrzeni dziejów. Założenie to też jest wynikiem pewnego nieporozumienia. Bo ja neguję mariologię dzisiaj, a nie 15 wieków temu. Wierzenia odnoszące się do NMP były bowiem wynikiem okoliczności czasu i miejsca. Wielu było bogów w starożytności, którzy rodzili się, potem umierali (najczęściej zabijani przez siepaczy złych mocy), a następnie powstawali z martwych – czy to już nastepnego dnia, czy też po trzech dniach. Tacy bogowie musieli mieć zatem swoje „matki boskie”, niektóre z nich będące szanowanymi kobietami, inne zaś boginiami. Chrystus żył w czasach, gdy wierzenia takie istniały już od setek lat np. w przypadku perskiego Mitrasa i jego „Matki Boskiej” znanej pod imieniem Anahita - („Anahita, Niepokalana Dziewica, Matka Mitrasa Pana”), Cybele, matka boga Attisa z Azji Mniejszej, która znana była jako „Mater Deum” (dosłownie: „Matka Boska”) lub nawet tysięcy lat (egipski Horus i jego matka Izyda). Kimkolwiek jednak taka matka nie była, zawsze musiała czymś pozytywnym wyróżniać się na tle innych matek. Nie brakowało więc dziewiczych porodów (np. w przypadku Ozyrysa-Dionizosa czy – w innej wersji tego samego mitu – Orfeusza-Bachusa). Doktryny wczesnego chrześcijaństwa dotyczące Marii, nawet jeśli nie były stuprocentowymi kopiami innych wierzeń, kształtowały się jednak w pewnej atmosferze intelektualnej, na ktorą owe religie wycisnęły swoje ewidentne piętno.

Jeanne w rycinie ok 1450_editedNie neguję zatem owego uzasadnienia wiary, rozumianego jako tło historyczne. To bowiem właśnie owo tło jest samo w sobie uzasadnieniem kultów maryjnych (bo było ich sporo, choc najstarsze ślady tych kultow – powtarzam: kultow, a nie fascynacji – pochodzą z okresu nie wcześniejszego niż IV wiek n.e.). Nie podzielam natomiast zupełnie poglądu, że owo niegdysiejsze tło (juz nieistniejące) musi w dalszym ciągu (na zasadzie chyba jakiejś „martwej ręki”) ciążyć na obecnych ocenach i wierzeniach. Chciałbym jednak być dobrze zrozumiany: zajmując takie stanowisko nie próbuję nikomu „wybić z głowy” jego ewentualnych wierzeń czy poglądów. Błędne wrażenie w tym zakresie może wynikać z faktu, że często prezentuję swe poglądy „bez owijania w bawełnę”: raz np. powstrzymać się musiałem przed włożeniem do komentarza słów o tym, że moim zdaniem Maria tak sie ma w porownaniu do Joanny d’Arc, że mogłaby jej „pucować zbroję oraz miecz”, przez co nie miałbym zamiaru nikogo urażać, a jedynie podkreślić, że Joanna – jako osoba historyczna (a nie „teologiczna”) była w stanie kształtować historię w nieporównanie większym stopniu, niżby się to kiedykolwiek dało powiedzieć o Marii. Ostatecznie jednak nie użyłem wówczas tego określenia.

„Niepokalana jest Pani nasza, Izyda”

Nie inaczej ma sie rzecz z tymi naszymi dogmatami czy to o dziewictwie, niepokalanym poczęciu czy o wniebowzięciu: Semele, matka boga Dionizosa, również została wniebowzięta (samo święto Wzniebowzięcia, obchodzone przez chrześcijan w sierpniu, zastąpiło inne święto poganskie, a mianowicie święto bogini Diany). Podobienstwa wizerunków Marii oraz rozmaitych „pogańskich” matek boskich były do tego stopnia uderzające, że niejednego wprawiały, a i dziś jeszcze też wprawiają, w osłupienie. Np. jak notują historycy, niektóre wizerunki NMP we Francji okazały się, po bliższym zbadaniu, wizerunkami egipskiej bogini Izydy (albo pokrewnych bogiń) lub też na niej były modelowane (nie mówiąc już o tym, że szereg kościołów poświęconych Marii stoi w miejscach kultu Izydy lub innych jej pogańskich odpowiedników). Na jednym z takich wizerunków znaleziono nawet inskrypcje: „Niepokalana jest Pani nasza, Izyda”.

Gnostykom chrześcijańskim też nie brakowało żeńskiego bóstwa zwanego Sophia, czyli Mądrość (a święto jej Wniebowziecia obchodzone jest w tym samym dniu, co Wniebowzięcie NMP), ale przecież dziś ze świecą trzebaby szukać (i to bez powodzenia!) jakiegokolwiek gnostyka wierzącego w literalne istnienie takiego bóstwa.

Krzywdę wyrządza się również tym niezliczonym chrześcijanom (głównie katolikom), którzy przecież kiedyś i tak dojdą do tego, że „król jest nagi”, jeśli się tylko nad tym zastanowią; że te „szaty cesarza”, które na Marię włożyła dogmatyka, tak naprawdę nie istnieją. Będzie to tym boleśniejsze, że cała ta historia wpychana jest im do głów jako historyczna prawda, a nie nawet jako „mit będący nośnikiem prawdy”.

Tak, domyślam się pewnej możliwej kontry wobec moich wywodów, a mianowicie, że zastanawiać one muszą akurat, gdy ich autor mieni się gnostykiem, a wiadomo, że gnostycy wręcz od czasów ‚niepamiętnych’ prześcigali się w tworzeniu mitów, że pisali z dziesiątki ewangelii, w których „działy się” rzeczy pod mitologicznym względem usuwające w cien nawet te masy trupów z ewangelii Mateusza, co to w momencie śmierci Pomazanca wstały z grobów, przeczekały dwa następne dni gdzieś w ukryciu chyba, a gdy Pomazaniec zmartwychwstał, to one stadnie niczym tłum Frankensteinów przeparadowały przez Jerozolime, by się żywym pokazać. Tak, to prawda, gnostycy wymyślali ile wlazło, ale oni ze swych opowieści nie robili dogmatów „dawanych do wierzenia” (ale terminologia, co?).

Przyjrzyjmy się osobie 

izydaJesli uważam, że o Marii niczego tak naprawdę nie wiemy, to oczywiście pogląd taki wyrażam po zapoznaniu się m.in. z t.zw. ewidencją biblijną. Prawda, że są tam kwieciste zwroty, lecz wyjątkowo mało kryje się za nimi treści o tym kim była (poza tym, oczywiście, że była matką Jozuego). Ale nawet tu popełniano błędy przy formułowaniu doktryn maryjnych. Miała byc „dziewicą” i fakt ten miał być „przepowiedziany” w Starym Testamencie, jednak hebrajskie „almah” nie oznacza tego, co zastosowane poźniej przy tłumaczeniu na grecki słowo „parthenos”. Almah to nie dziewica, a jedynie młoda kobieta. Bóg żydowski nie był narodzony (ani żaden żydowski bohater) z dziewicy. Z dziewic rodzili się natomiast bogowie poganscy, stąd tez fama o Jezusie narodzonym z dziewicy to po prostu poganski mit zaadoptowany dla celów „teologicznych” chrześcijaństwa ortodoksyjnego. Również doktryna o bezgrzeszności Marii bierze się z niedokładnego tłumaczenia – tym razem tekstu greckiego na łacinski. Skoro Maria była „łaski pełna” („gratia plena”), to owa pełnia łaski miała oznaczać, według mitotworcow, że była ona bezgrzeszna. Jednak oryginalne greckie „kecharitomene” to przecież nie to, co „gratia plena”, gdyż to po grecku byłoby „pleris charitas”. Kecharitomene, to po prostu tyle, co „obdarzona łaską”. I absolutnie nic więcej.  Można jednak zrozumieć kolejne pokolenia mitotwórców kościelnych: najpierw zmagali się oni z podobnymi wierzeniami pogańskimi i pragnęli „wykazać”, że Chrystus jest jednak większym i znaczniejszym bogiem niz inni. Potem znów starali się sformułowane przez siebie doktryny „zabezpieczać” przed debatami poprzez dokooptowywanie nowych. Z czasem wytworzył się więc cały łancuch coraz to dziwniejszych teorii, a wszystkie one bazowane na założeniach swoich poprzedniczek, jednak nie na jakimkolwiek materiale faktograficznym. Zazwyczaj jest tak, że gdy się kogos chce sławić, to wyolbrzymia się jego dokonania. Nawet do tego stopnia, by je mitologizować czy wręcz do ciągu prawdziwych dokonan kandydata dopisywać czyny, których nigdy nie dokonał. Tak więc filozofowi i mistykowi Pitagorasowi przypisywano przywracanie ludzi do życia i to na 6 stuleci przed narodzeniem Chrystusa. Potem to samo przypisywano Apoloniuszowi z Tiany i innym. Owi ludzie jednak, tak jak sam Pomazaniec, zajmowali się publiczną działalnoscią, nauczali, leczyli itd.

 

Mitotworcy maryjni jednak spostrzec musieli (wyobrażam sobie, że ku swemu przerażeniu), że o Marii nic właściwie znaczącego nie da się powiedzieć.  Że jak na matkę takiej postaci jak Jezus, jest ona wyjątkowo „blada”.  Stworzono co prawda ewangelię („według Jakuba”) mającą obrazować czystość charakteru Marii, trzeba jednak przyznać, że tworcy podobnych utworow wykazali wyjątkowo mało inwencji twórczej. Mogli przecież – przynajmniej teoretycznie – zrobić z niej wielką jednostkę dokonującą cudów dzięki boskiej inspiracji. Tymczasem obraz owej Marii – już nawet tej zmitologizowanej – to wciąż obraz (przepraszam za okreslenie) osoby nadzwyczaj przeciętnej, tyle że wyjątkowo pobożnej. Czy było to wynikiem obaw przed zbytnim „feminizowaniem” mitologii nowej religii, niechaj rozstrzygać to probują historycy. Ewidentne jednak jest, rzuca się to wręcz w oczy, że nie dało się wskazać na jakiekolwiek fakty potwierdzające bodaj symboliczną wybitność tej postaci pod jakimkolwiek względem uzasadniającym jakikolwiek kult. Co więcej – owa Maria, tak rzekomo zespolona z Chrystusem i jemu do konca oddana, nie towarzyszyła mu na ogoł, gdy chodził nauczać. Gdy zaś został pojmany i groziła mu śmierc, nie poszła nawet do sanhedrynu czy bodaj do Pontiusa, by wstawić się za swym synem! Matki osob nawet tylko uwięzionych starają się za nimi wstawiać i dowiadywać się o ich los. Chrystusowi zas groziła śmierć, a ona nic!  W jednej ewangelii kanonicznej („Jana”) Maria widziana jest pod krzyżem, ale nie w czasie drogi krzyżowej. Pod pałac arcykapłana szło za aresztowanym Chrystusem dwóch apostołów, Marii tam nie było; krzyż pomagał mu dźwigać jakiś przypadkowy, obcy mu zupełnie człowiek, znany nam jako Szymon z Cyrenajki, o Marii nawet pisarz się nie zająknął, czy była w pobliżu; po śmierci Chrystusa nie była nawet obecna podczas jego pogrzebu, ani też nie pojawiła się później przy jego grobie po „zmartwychwstaniu” (no, tego już za wiele, jak na „najlepszą”, „nierozerwalnie związaną” itd, nie sądzicie?). Sam zaś Chrystus (po swym zmartwychwstaniu) ukazywać się miał rozmaitym osobom, rzekomo ponad 500, ale wykazał niezwykłą wprost „powściągliwość” gdy przyszło do ukazania się własnej matce. To, co nazywamy „Pieta” również nie ma oczywiście kanonicznego potwierdzenia i jest późniejszym produktem maryjnej mitologii. Ale przynajmniej Maria była pod krzyżem, więc dało się jakoś – per analogia z innymi matkami – naciągnąć, upiększyć i wyszlifować. Tymczasem matki wstawiającej się za swym synem nie dało się z niej zrobić – nawet per analogia z innymi matkami. Inaczej pewnie doczekalibyśmy się  obok watykańskiej Piety równie pięknej rzeźby (może też Michała Anioła?) zwanej np. Maria Prosząca lub Maria Wstawienniczka, Matka Błagająca lub jakoś podobnie. A tymczasem nic, nic i nic. I nawet nam najcześciej tego rodzaju wizerunek Marii nie przychodzi do głowy, bo już nie było najlichszej podstawy po temu, by w ogóle powstał. Spytaj siebie sam, Tomaszu, czy gdyby Ci ktoś porwał Twoją córkę (czego Ci oczywiście żadną miarą nie życzę!!!), to nie wpadłbyś w szał, nie starałbyś się dowiedzieć gdzie jest, a gdybyś się dowiedział, to nie udałbys się tam natychmiast, nawet na bosaka po śniegu, by przynajmniej złoczyncow ubłagać (jeśli już nie po to, by im – po męsku – „przemodelować” facjaty), by jej nie skrzywdzili? A jak zachowałaby się Twoja Żona? Czyż nie stałaby się błyskawicznie czymś, co mogłoby owej biblijnej Marii, tej „ciepłej klusce” bez wyrazu i charakteru, być postawione jako wzór do naśladowania?

Żydówka na egipskich nogach    isis

Nie chcę przez powyższe powiedzieć, że Maria była wyrodną matką, ale w końcu jeśli ma być z niej taki ideał, jaki zbudowała teologia, to czemu nie jest to ideał? No, ale może – bo to też w koncu prawdopodobne – po prostu nikt nie zauważył jej bólu przed egzekucją Pomazanca. Pragnę natomiast wskazać Ci, jak nieprawdopodobnie uboga – wręcz nedzna –  jest nasza wiedza o matce Jozuego Pomazanca, uboga w stopniu w pełni potwierdzającym i uzasadniającym stwierdzenie, że jest ona nieznana, że tak naprawde niczego o niej nie wiemy – o niej, z ktorej mitotwórstwo późniejszych teologów uczyniło Gwiazdę Morza („Stella Maris” – przydomek zerżnięty od pogan – konkretnie od Izydy!) oraz Królową Niebios (tez rżnięte od pogan, też od Izydy zresztą, tak samo jak „Matka Boska”). Dochodzi wręcz do tego, że w dyskusji, w której stawiane jest pytanie, co ta Maria właściwie sławnego zrobiła, co by uzasadniało ten wyśrubowany do granic (a nawet daleko poza granice) absurdu jej kult, ktoś podaje jako powód, że… poprosiła Jezusa w Kanie Galilejskiej, by coś zrobił, gdy brakować zaczęło wina!!! Ktoś inny znów w owym „Magnifikat” z ewangelii widzi potwierdzenie „zaangażowania się na rzecz ubogich”!! Przypomnieć zatem warto, że zaangażowania na rzecz ubogich (czy w ogóle kogokolwiek) nie dowodzi się piejąc dytyramby pod własnym adresem, ale robiąc coś konkretnego, na co możnaby wskazać (dodać wypada, że zapowiedzi typu „slawić mnie będą wszystkie generacje” brzmią raczej jak samochwalstwo niż wyraz pokory). Najczęściej jednak odpowiedzią na podobne pytanie jest milczenie i w tym chyba wypadku zgodzić się należy z tezą, że „milczenie jest złotem”, bo istotnie lepiej milczeć niż kompromitować tę Marię doszczętnie i na pośmiewisko ja wystawiać. Była zapewne w gruncie rzeczy przyzwoitą osobą, ani wyróżniającą się ani negatywnie komuś podpadającą, jedną z wielu matek w I wieku naszej ery. Utrzymywana sztucznie cała ta misternie sklecona mitologiia i to w dodatku podniesiona do rzędu dogmatów sine qua non kiedys runie z tym większym hukiem im wyżej w chmurach tę kobietę utrzymuje. Oddawanie jej szacunku jako kobiecie i jako matce też by wystarczyło w dzisiejszej dobie, bez tego ultra-kanonizowania, ktore odpycha już dziś z połowę wszystkich  chrześcijan, a niechrześcijan przyprawia niemal o konwulsje śmiechu.

 

W samej tylko Francji istnieje ponad dwieście miejsc kultu „czarnej madonny”. Niemal we wszystkich spośrod owych ponad dwustu miejsc istniały miejsca kultów bogin pogańskich. Tak więc w Chartres pierwsi misjonarze chrześcijanscy zrezygnowali nawet początkowo z nawracania miejscowej ludności, bo czciła ona boginię rodzącą dziecko. Uznali zatem, że chodzilo to u jakaś wczesną wersję kultu maryjnego. Pierwotna statua pozostała zatem tam, gdzie była. Nie ruszajac jej, zbudowano wokół niej pierwszy kościół chrześcijański. I tak budowano tam jeden kościół za drugim aż do czasu zbudowania obecnej katedry. Ponieważ w czasie Rewolucji Francuskiej ta pierwotna statua została zniszczona, zastąpiono ją później inną, z ciemnego drewna.

Podobna historia wydarzyła sie w Le Puy, gdzie z kolei czczono boginię Cerridwan. Pierwotna statua też została zniszczona w czasie rewolucji. Ale później dokonano ciekawego odkrycia: owalny kamien w kolorze czerwonym, z wizerunkiem Izydy i napisem hieroglificznym cytowanym juz powyżej. Pięciu papieży i piętnastu krolow chrześcijańskich oddało tam cześć „czarnej dziewicy” oraz cała masa innych pielgrzymów. Między innymi w intencji zwycięstw swej sławnej corki modliła się tam Isabelle Romeé Darc (d’Arc), matka Joanny.

Możnaby co prawda odpowiedzieć, że owszem, modlili się w miejscu kultów pogańskich, ale zwracali się w końcu do Marii, nie do Izydy czy Cerridwan. Prawda, tylko że modląc się do Marii, modlili się do tego, co w niej bylo z Izydy. Gdyż Maria z ewangelii to nie była  „pocieszycielka nasza, orędowniczka nasza, pani nasza”, bo taką to akurat była Izyda. Żałosnym zaś byłoby zanoszenie modłów  o wstawienie się za ludzi u Boga do osoby, która za swego życia nie wstawiła się nawet u ludzi za swym własnym synem. Modląc się więc do Marii, nieświadomie oddawali cześć mitowi Izydy, gdyż bez Izydy Maria jest niczym. Dlatego to właśnie Maria-Żydówka – jako przedmiot kultu – stoi na nogach bogini Egiptu.

5078Czy to oznacza, że Maria – taka jaką stworzył ją demiurg (1) zwany Teologią – nie może być osobą, z którą możnaby się utożsamiać? Sądzę, że sama praktyka, trwająca wiele stuleci wystarcza tu za wszelką odpowiedź: tak, można (jak najbardziej!) utożsamiać się i z taką właśnie Marią. Wierzenie samo w sobie wystarczy za wszelki argument. Ludzie dawali i bez przerwy dają przecież dowody, że utożsamiać się potrafią nawet z całkowicie fikcyjnymi postaciami, bohaterami powieści, opowiadan czy filmów. I tez można wykazać, że te opowiadania i inne utwory fikcji są nośnikami prawdy. W końcu po coś przecież tworzy się sztukę, a prawdą jest przy tym, że pierwsze antyczne teatry wzięły się z przedstawień religijnych właśnie. Poganie za pomoca takich przedstawień wprowadzali swoich religijnych literalistow w ezoteryczne prawdy wiary, w ten sposób usiłując zapoznać ich z nieliteralistycznym znaczeniem przedstawianych mitów.

Jednak choćby nie wiedziec jak piękny i przydatny jest mit, prędzej czy pózniej nadchodzi czas, że człowiek zdaje sobie sprawę, ze jest to istotnie tylko mit. Piękny, użyteczny, ale mit. Alegoria zawsze była przydatna, czasy biblijne nie były żadnym wyjątkiem, Chrystus też się nią posługiwał.

Maria, ta Maria „demiurgostwa” „ojców kościoła” i ich następców, też jest ciekawą przypowieścią. I nie jest celem niniejszego tekstu stwierdzenie, że mit ten nie może istnieć. Piszący nie miałby przecież również niczego przeciw temu, aby dziś wznoszono nawet sanktuaria poświęcone Izydzie, jeśliby tylko znaleźli się chętni do praktykowania jej kultu i potrafili zebrać wystarczające fundusze (tak nawiasem: kult Izydy w postaci śladowej istnieje). Wiele sanktuariów maryjnych jest przecież pięknych i oferuje wspaniałą atmosferę do modlitwy, medytacji czy bodaj skupienia. Oferują one atmosferę, jakiej często próżno byłoby szukać w innych miejscach przeznaczonych dla kultu religijnego. Niech mi wolno będzie podzielić się tu fragmentem z pisanego pare lat temu „do szuflady” dziennika:

„Anglicy mawiają: „seeing is believing”.  I coś w tym jest. Więc trzeba coś w kościele widzieć, a nie jedynie słyszeć. (…) mogłem zobaczyć ołtarze z obrazami, mogłem się cieszyć światłami, na ogół nieco przyciemnionymi w celu zapewnienia właściwej atmosfery. Widziałem świece, kielich, patene, baptysterium. Nie uchodziły mojej uwadze konfesjonały. Podobały mi się szaty liturgiczne w różnych kolorach, a każdy z nich ma swoje znaczenie. Ja tego znaczenia jeszcze wtedy nie rozumiałem, ale już same kolory przemawiały do mojej wyobraźni. I widziałem coś jeszcze: jak ludzie klękają, by przyjąć Hostię. Tego nigdy nie zapomnę: ksiądz z namaszczeniem wyciąga śnieżnobiałą hostię (nie wiedziałem wtedy jeszcze z czego jest zrobiona ani jak jest krucha – zmysł smaku więc zadziałać nie mogł – wyobrażałem sobie jednak ten smak – jako inny oczywiście niż w rzeczywistosci) (…) To zrobilo na mnie wielkie wrażenie! Bo przecież nie widzialem tych ludzi klęczących np. na ulicy przed „panem milicjantem” ani w sklepie przed rzeźnikiem. A tu przyklękali i to przed małą, kruchą hostią. „Więc to jest coś ważnego” – konkludowałem.”

Jak z powyższego widać, nieobce było mi to, co często utożsamia się z typową religijną ortodoksją katolicką. Oczywiście w momencie pisania powyższego nie wspominałem Marii, bo nawet skłaniając się ku ortodoksji nie miałem w sobie „maryjności”. Doceniałem jednak znaczenie barw i wizerunków (w tym też Marii), a przecież pisałeś, Tomaszu, że zmieniać zacząłeś swój stosunek do NMP pod wpływem ikon właśnie. Rzecz w tym jednak, że takim pięknem i atmosferą można oddać cześć również wielkości rzeczywistej, całkowicie historycznie dowiedzionej i to w stopniu niemniejszym niż mitowi i „dedukcjom” teologicznym. Jeśli wielkość jednej osoby w jakimś stopniu dorównuje mitowi innej, to czemu oglądać się za mitem zamiast podążać za prawdą? Przecież religie oferować mają właśnie poszukiwanie prawdy, a nie czołobitność mitowi! My mielibyśmy „kontemplować” dziewictwo mityczne Marii, gdy tymczasem inne dziewice (i to autentyczne; nie-dziewice zreszta też) miały do zaoferowania praktyczny pokaz tego, do czego zdolny jest człowiek w swoim działaniu. Według listu przypisywanego Jakubowi w Nowym Testamencie wiarę pokazuje się czynem, a my mamy marnować czas na dogmaty, bo tak każe hierarchia. I potem ta hierarchia jeszcze twierdzi, że poza jej denominacja nie ma prawdy lub co najmniej pełnej prawdy. Troche jak u licytujacych się sklepikarzy: „tylko u nas, proszę państwa, tylko u nas!”.

Maria i… Horst Wessel

HorstWesselNajprawdopodobniej Horst Wessel był wyjątkowo przyzwoitym i ideowym młodym człowiekiem, jednym z tych, których nie powstydziłaby się „młodzieżówka” żadnej partii politycznej. Urodzony w 1907 roku w Bielefeld, przeżył najgorszy okres kryzysów politycznych i upadku gospodarczego Niemiec po I Wojnie Światowej. Zrezygnował ze studiów, pragnąc być bliżej klasy robotniczej oraz bezrobotnych. Związał się z pewną byłą prostytutką oraz wstąpił do partii i narodowosocjalistycznych „Oddziałów Szturmowych” (SA). W wieku niespelna 23 lat został zamordowany, kilku komunistów zapukało późnym wieczorem w drzwi jego skromnego mieszkania. Gdy otworzył, jeden z nich strzelił mu z rewolweru wprost w twarz. Zmarł 6 tygodni później, 23 lutego 1930 roku. Naziści jeszcze nie sprawowali wladzy i musieli na nią trochę poczekać. Jednak ten człowiek, który nigdy niczego wielkiego nie zdążył dokonać (kto wie, może i lepiej, bo nie wiadomo co by to mogło być, biorąc pod uwagę kierunek, w jakim poszła NSDAP), stał się jednym z najbardziej znanych nazistów w Niemczech, a potem także poza ich granicami. I jest znany po dziś dzien. Dlaczego? Otoż około 3 lat przed śmiercią, będac mniej wiecej 20-latkiem, napisał on wiersz do pewnej melodii, ktory potem – wraz z tą melodią – stał się istną bombą jako pieśn polityczna, bodaj jedną z najbardziej nośnych pieśni politycznych XX wieku. Po raz pierwszy publicznie została ona odegrana i odśpiewana już bodaj podczas pogrzebu Wessela. Stała się stopniowo hymnem NSDAP i po dziś pozostaje najlepiej znaną pieśnią polityczną narodowego socjalizmu. Wessel stał się więc bohaterem partii, męczennikiem, jego imieniem po 1933 roku nazywano place i ulice w Niemczech, doczekał się on nawet poświęconego sobie filmu fabularnego pod tytułem „Hans Westmar” w roku 1933. W czasie wojny jego nazwisko stało się nazwą jednostek wojskowych. Można sobie wyobrazić, że w razie wygranej, w Niemczech doczekałby się on zapewne niejednego pomnika (przed wojną miał co najmniej jeden, w Berlinie) i może nawet mauzoleum. Stałby się symbolem ruchu politycznego i – per analogiam możemy też założyc – zapewne byłby on fetowany jako jeden z bohaterów walki o postęp. W swojej „denominacji” politycznej oczywiście. Nazizm jednak przegrał, „Horst-Wessel-Lied” także, przynajmniej do tego stopnia, że w niektórych krajach jego publiczne śpiewanie lub granie jest prawnie zabronione.

No dobrze, ale czy ten Horst Wessel ma właściwie cokolwiek wspólnego z Marią, matką Jezusa? Przecież ani chrześcijaństwo nie przegrało w historii (przynajmniej narazie), ani Wessel nie ma nic wspólnego z żadnym ruchem religijnym, nie urodził zadnego mesjasza (ani nie był „dziewicą”), służył potępianemu dzisiaj ruchowi politycznemu i to jeszcze jako szturmowiec (SA-Mann). Czy więc kojarzenie jego z Najświętszą Marią Panną jest w ogole rzeczą właściwą? Czy nie mamy tu do czynienia z jakąś prowokacją?

Odpowiedź na wszystkie te trzy pytania jest tutaj pozytywna: tak, to jest prowokacja; tak, Wessel ma coś wspólnego z NMP (choć oczywiście nie wszystko); tak, porównanie jest jak najbardziej na miejscu. I to na miejscu właśnie z powodu tego, co wspólnego ma z Marią Horst Wessel:

Obydwie te osoby są mało znane ze związanych z nimi faktów; obydwie mało w życiu dokonały; obydwie stały się legendami swych ruchów (jednego religijnego i jednego politycznego), choć oczywiście tylko  jedna z nich na dodatek otaczana jest kultem religijnym. Przeciw żadnej z nich nie możnaby wysunąć jakichkolwiek poważnych zarzutów, nie można tak naprawdę przeprowadzić krytyki działalności żadnej z nich – bo nie są znane z żadnej pierwszoplanowej działalności, więc nie można twierdzić, że tu i tam popełniły poważne błędy (nie mowiąc już o zbrodniach). Były chyba znane z dobrej strony i dlatego nadawały się znakomicie na mit. Można na takiej „bialej karcie” napisać dosłownie wszystko, czego dusza (propagandzistow) zapragnie: można uczynić daną osobę ortodoksyjną do granic fanatyzmu; można też zrobić z niej osobę super-tolerancyjną; można jej przypisać oddanie innym ludziom (aż po grób), a nade wszystko można podkreślać ich pokorę, którą stawiać można jako wzór do naśladowania dla innych. Tak więc Maria to najlepsza matka, najczulsza, najbardziej współczująca, dosłownie niezrównana ani w czasach przed nią ani po wszystkie wieki wieków (Amen!). Horst natomiast to wyjatkowo ideowy młody czlowiek, który rezygnuje z osobistej kariery życiowej, by całkowicie oddać się dziełu zbudowania lepszych warunków bytowych klas pracujących w swoim kraju, energiczny i żarliwy patriota, dla którego nie ma szczęścia osobistego, jeśli nie ma go w ojczyźnie (Heil!). Obydwie te postacie są wzorami i z obydwiema ludzie mogą się utożsamiać. Jesli dziś z Wesselem utożsamia się niewielu, to dlatego, że nazizm przegrał i pociągnał za sobą do politycznego grobu tego człowieka. Jeśliby kiedykolwiek przegralo chrześcijanstwo, to i Maria pójdzie w zapomnienie. Oboje zatem „przepadliby” i to bez jakiejkolwiek winy własnej.

„Fundament chrześcijaństwa”

206Abraham jest uważany za praojca Żydów. Ale z piany morskiej się on nie narodził, miał jakąś matkę. Czy doczekała się ona u Żydow jakiegokolwiek zdogmatyzowania i czy traktowana jest przez nich niemal jako idealna „bogini” w stopniu, w jakim z Marii zrobiono ikonę samą w sobie? Co z matką Mojżesza? Co z matką Muhammada? Co z matką Buddy? Co z matką Bahaullaha? Czy wreszcie, by do najnowszych czasów sięgnąć, co z matką Rona L. Hubbarda (twórcy scjentologii)? Widzimy, że żaden z ruchów religijnych założonych przez powyższych przywódców nie zanika ani nie rozpada się z braku  wynoszenia na ołtarze matek swych założycieli. Zatem niesłuszny jest np. argument, ze „godząc w mariologię, godzimy w fundament chrześcijaństwa”. Godzimy w fundament mariologii, to jasne, zresztą też nie po to, by wykazać, że nalezy (trzeba, musimy*) się wierzen maryjnych koniecznie pozbyć z kościoła. Fundamentem chrześcijaństwa nie jest urodzenie się Pomazanca z takiej czy innej kobiety, lecz rodzaj przesłania tej religii. Tak na dobrą sprawę nie jest nawet godzeniem w fundament chrześcijanstwa kwestionowanie dogmatu o boskości Jezusa (czyli Jozuego). To co najwyżej jest godzeniem w fundament pewnej odmiany chrześcijanstwa, która (prawdopodobnie) może w koncu zaniknąć. Ale inne jego odmiany przetrwałyby. Te mianowicie, ktore nigdy nie posunęły się tak daleko, by z tego nauczyciela robić Boga. Dlatego też dla takiej odmiany jest to rzeczą najzupełniej obojętną czy ktoś demitologizuje Chrystusa i obdziera go z boskości czy nie. Ona takich wysiłków się nie boi i najzupełniej spokojnie może sobie na nie bimbać, w przeciwienstwie do fundamentalistów, którzy zdają się drżeć na wspomnienie każdej sugestii, ze Jezus Chrystus nie był bogiem.

Dlatego też tak jak niepotrzebne mi są wizualne upiększenia, np. wizerunki Teresy z Lisieux nie mające niemal nic wspólnego z rzeczywistym, zachowanym na fotografiach wyglądem owej świętej, wizerunki, na których „modelowana” ona jest niemal na Ingrid Bergmann i jak są mi  niepotrzebne „do szczęścia” całkowicie fikcyjne „portrety” Chrystusa, na których jest on super-amantem o niebieskich oczach i długich blond włosach niczym „ideał aryjskości” z pewnych plakatów z lat 1933-45, tak też nie potrzebuję również upiększania Marii w teologicznym sensie.

Tak, uznaję w pełni użyteczność mitów i mitologii (toteż jeśli nazywam teologow mitologami, to niekoniecznie ma to u mnie znaczenie pejoratywne). Użyteczne one są i zawsze były, np ta bajka o Krzysztofie (Christoforos). Lubię fikcję, choć nie do przesady. Dlatego też nie czytuję zbyt wielu powieści. Moją ulubioną powieścią jest „East of Eden” („Na wschod od Edenu”) Johna Steinbecka. To motyw Kaina i Abla z ST, pokazany w realiach USA z przełomu XIX i XX wieku; przyznam, że u Steinbecka przedstawiony jest o całe niebo bardziej przekonująco niż w ST-owskim oryginale (rzeczywiście oryginale?). Nie zmienia to jednak faktu, że bardziej chylę czoła przed osobami o rzeczywistej i wykazanej historii.

Czy miałbym z tego powodu uważać, ze godzę w fundamenty chrześcijanstwa?  W sytuacji, gdy przecież i sam Mistrz stwierdził był nawet (jeśli wierzyć przekazowi z ewangelii), że osoby posiadające wiarę dokonywać będą rzeczy większych niż jego własne?

Izyda jednak lepsza…  Jak na owe antyczne czasy, mit Izydy musiał być jednak wyjątkowo nośny. Pochodzący z Egiptu, szeroko rozpowszechnił się w krajach basenu Morza Środziemnego, w tym również w krajach cesarstwa rzymskiego. Kult oparty na nim stał się wkrotce najpopularniejszym kultem tego rodzaju. Wizerunki tej bogini wykazywały duże zrożnicowanie formy: inaczej wyglądały w Egipcie, inaczej w Grecji, a jeszcze inaczej w Rzymie, ale kult był ten sam. Dzisiejsi chrześcijanie, zwłaszcza ci, co – powodowani chęcią wykazania wyższości Marii – za wszelką cenę pragną ten kult „historycznie” zdyskredytować, cedząc przez zęby z pogardą uwagi o „jakiejś bogini płodności”, niechaj pamiętają, że bogini płodności to jednak było wówczas coś znacznie więcej niz żadna bogini (jak Maria…), tym bardziej, że Izyda była nie tylko boginią płodności, ale i mądrości oraz paru innych jeszcze rzeczy. I niechaj pamietają, że Izyda była najwyraźniej atrakcyjna również dla swych chrześcijańskich prześladowców (to niszczenie świątyń itd), skoro zdecydowali się oni scedować jej przymioty (a nawet przymiotniki odnoszące się do niej) na Marię. Na terenach południowej Francji przejmowali nawet wizerunki, jedynie je przemianowując. I aż do dziś nie ośmielili się nawet zmienić barwy owej czarnej dziewicy.

 

Tak, to prawda, większość obecnych wizerunków „Czarnej Madonny” pochodzi z czasow późniejszych i zawdzięcza swą barwę dymowi ze świec palonych obok nich przez setki lat. Jednak już sam fakt, że niemal w każdym miejscu kultu takiej madonny istniało miejsce kultu poprzednich odpowiedniczek Marii mowi sam za siebie. Nie wszystko można zatem „zwalić” na te świece. Zreszta Izyda też nie zawsze była przedstawiana jako czarna.

Tak jak kultura Grecji zawojowała podbijający ja Rzym, tak też Izyda podbiła zupełnie Marię i całkowicie zmieniła jej skromny początkowo wizerunek (2)

Napoleon przegrał pod Waterloo z Wellingtonem i Blűcherem, ale to właśnie jego imieniu miejsce to zawdziecza swą sławę. Kto zatem zwyciężył w historii? Zwycięstwo miewa różne oblicza…

Jeśli celem „wycieczki”, na którą mnie zaprosiłeś, Tomaszu, było ukazanie piękna i głębi duchowej obecnego kultu maryjnego, to „miecz” to obosieczny, walczy on bowiem również dla Izydy potwierdzając przy okazji to, o czym pisałem gdzie indziej: że „marianici” mają puste ręce, gdy chodzi o fakty dotyczące Marii-człowieka, to zaś, co mają dla kultu Marii, wcześniej „ukradli” Izydzie.

Prędzej czy później trzeba się zdecydować i dokonać wyboru: jeśli spojrzeć na Marię jako na człowieka, to przegrywa ona z innymi świętymi, a nawet z wieloma, co do żadnego kanonu nigdy nie zostali włączeni. Jeśli zaś punktem wyjścia ma być Maria jako mit, to przegrywa ona z Izydą. Izyda to bowiem coś więcej niż Maria. Maria to jedynie Matka Boska. Izyda zaś to nie tylko Matka Boska, ale matka wszelkiego życia. W swoim kraju „rozpoczęła” jako bogini Nilu, który wylewając rokrocznie nawadniał pola i użyźniał je czarnym mułem rzecznym. Cały więc Egipt zawdzięczał jej swe życie. To dlatego wyobrażano ją często jako czarną dziewicę. Nawet jej kapłani ubrani byli na czarno.

Ci, co z taka pasją bronia dziś kultu Marii, mogliby równie dobrze pochylić czoła przed jej wielką poprzedniczką, przed jej „siostrą”, „matką”, a nawet „babką”, od której tyle przejęli. Bo tak jak w nich samych płonie pasja dla „Przenajświętszej”, tak też w ich „starszych braciach w wierze” płonęła ta sama żarliwość dla Izydy.

Nie jestem wyznawcą Izydy, więc nie mogę też być wyznawcą kultu Marii. Ale jeśli cała ta historia ma mieć dla mnie wartość alegorii, to więcej już, Tomaszu, znalazłbyś we mnie „izydowca” niż „marianity”. Muszę jednak przyznać, że kult Marii, pielęgnowany na przestrzeni dziejów zakonserwował dość dobrze kult egipski, a istniejace stare sanktuaria maryjne, których Kościół Katolicki ma więcej niż tych dedykowanych bezpośrednio Chrystusowi, kryją w sobie fascynującą historię, składającą się na ten wspomniany przeze mnie we wstępie gmach, w którym maryjność jest tylko jedną wśród wielu komnat.
___________________________________________________________

Przypisy:

1. Demiurg bowiem nie tyle stwarzał ile raczej „urabiał, kształtował i modelował”, a teologia nie stworzyła ani Marii ani nawet tych wszystkich cech, które jej przypisała. Ona raczej posłużyła się materiałem już istniejącycm gdzie indziej, w ten sposób „modelując” Marię na to, czym miała ona się stać w kościele.

2. Zwłaszcza że rosnąca mitologia maryjna była wynikiem równie „puchniejącego” wizerunku Pomazańca: o ile bowiem jeszcze w II i III wieku przedstawiany był w swych wizerunkach jako skromny pasterz czy cudotwórca z czarodziejską różdżką w reku, to poczynając od IV wieku pojawiał się on już jako koronowany władca wszechświata. Co oczywiscie stanowiło również pośredni efekt wypadków politycznych w Rzymie.

Czy zatem znaczy to, że Maria zawdziecza swój kult wyłącznie Chrystusowi? Nie. W nowszych czasach bowiem spotykamy protestanckich chrześcijan ewangelikalnych, którzy, choć fundamentalistyczni w poglądach, akceptują nawet „dziewiczy poród”, to mariologii u nich nie ma co szukać. Ich wiara w cuda Nowego Testamentu ma jedno uzasadnienie: Chrystusa osobiście, nie Marię. Co oznacza, że mariologia jest zupelnie niepotrzebna nawet tym, co wierzą w boskosc Pomazanca.

Historia katolickiego i prawosławnego kultu maryjnego sięga jednak antyku. A wtedy trudno było akceptowac boskość kogoś, kogo matka nie jest „pół-boginią”. Wracamy zatem do punktu wyjścia: okoliczności czasu i miejsca. A za te w starożytności „odpowiedzialana” była głównie Izyda. Tak więc uzasadniona jest teza o Marii – córce Izydy.

Swego czasu tekst ten wywołał ciekawą dyskusję w Magazynie „Semper Reformanda”





Pasja Joanny d’Arc

30 05 2009

Jeanne30 maja – świętej Joanny d’Arc! Tego dnia 578 lat temu (1431), między godziną 10 a 11 przed południem odczytano jej ostateczny wyrok: „…ogłaszamy, że jesteś wtórną heretyczką (…) potępiamy cię jako zepsutego członka oraz abyś nie skaziła innych, jako usuniętą z jedności Kościoła, odłączoną od jego Ciała, oddaną do dyspozycji władzy świeckiej, jako że istotnie poprzez tu obecnych usuwamy, odłączamy i oddajemy cię – zwracając się do tejże władzy świeckiej, odnośnie spraw dotyczących śmierci i kaleczenia ciała, by okazała ona powściągliwość w swych zamiarach wobec ciebie oraz, w razie okazania przez ciebie szczerych oznak skruchy, by zezwoliła na udzielenie tobie sakramentu pokuty.”

Według tradycji urodziła się (w domu pokazanym poniżej) 6 stycznia 1412 roku (na Trzech Kroli). W 1431 roku podczas swego procesu skazującego w Rouen zeznała, ze ma „chyba” 19 lat. Tylko jej najblizsza kolezanka Hauviette z jej rodzinnej wsi Domremy twierdziła po latach, ze Joanna mogła byc 3-4 lat starsza.

natale_edited„Było to w nocy Trzech Króli, że ujrzała swiatło w tym życiu ziemskim, a niczym za sprawą cudu, biednych mieszkańców tego miejsca ogarnęła radość niewyobrażalna. Nieświadomi wciąż narodzenia Dziewicy, biegali jedni do drugich, by pytac cóż to nowego się zdarzyło. Dla niektórych było to powodem ku ponownemu radowaniu się. Cóż mozna dodac? Koguty, heraldzi nowiny tej radosnej, piały w sposob taki, jakiego nigdy jeszcze nie słyszano, uderzając przytem skrzydłami; tak przez dwie godziny prorokowały nowinę ową.”

Takimi słowami Perceval de Boulainvilliers, w liście do księcia Mediolanu, opisywał narodzenie Joanny d’Arc, wiele lat po tym wydarzeniu, rzecz jasna. Biedni mieszkańcy wsi – niczym pastuszkowie z Betlejem – przeżyli radość wielką, która, jak widać, udzieliła się również zwierzętom. Co prawda nie pisano, ze „na kolana woł i osioł przed nią klękają”, ale opis powyższy nie tak bardzo znów się rożni od popularnej koledy. Bowiem Jehanne stała się legenda już w wiekach średnich.

 

Jaka była? Jak wygladała?

Zdecydowanie nie tak, jak przedstawiana jest na ogół w ikonografii. Była raczej niska i krępa. Historyk Harmand obliczył, że miała 1.58 m wzrostu. Miała raczej krótką szyję i była dobrze umięśniona. Jej znajomi i przyjaciele odnotowali, że choć była niewysoka, potrafiła bardzo szybko biegac. Miała piwne oczy i ciemne włosy, najpewniej czarne. Nogi miała „dobrze rozwinięte” i raczej grube.

Maurycy Joanna_editedPowyższe nie oznacza, że była brzydka. Gdyby bowiem tak było, to przez następne lata i wieki Anglicy nie omieszkaliby tego podkreślać, tak jak przez wiele lat naśmiewali się z fizycznego wyglądu Napoleona. Co prawda Shakespeare (Szekspir) w swym dramacie „Henryk VI” wyraził się o niej jako o „czarnej i sniadej” („black and swarthy”), lecz trudno byłoby to dziś uznać za „nieprzyjemne epitety”. Dokładny wygląd nie jest jednak znany, nie zachował się żaden jej portret (o ile kiedykolwiek pozowała do takowego – mowa jest niejednokrotnie o jej portrecie malowanym przez pewnego Szkota w Orleanie). Według pewnej wersji rzezba św. Maurycego z kościoła pod jego wezwaniem w Orleanie (zburzonego w 1850 roku), pochodząca z XV wieku, została wykonana przez rzeźbiarza na podobieństwo Joanny d’Arc (Głowa tej rzeźby znajduje się w Musee Historique w Orleanie – patrz obok). Nie jest to jednak wersja, na której historycy skłonni są jednoznacznie polegać. Odtworzenie rysów jej twarzy zostawić należy zatem na przyszłość, oczywiście jesli jej kości zostaną odnalezione. Zostały one po egzekucji włożone do worka i zrzucone do Sekwany z mostu św. Magdaleny w Rouen.

Z pewnością cieszyła się znakomitym zdrowiem i odpornościa organizmu. Świadczy o tym nie tylko fakt, że podczas kampanii wojskowych potrafiła nie zdejmować zbroi nawet przez siedem dni z rzędu (16 do 18 kilogramów!), ale również m.in. to, że po trwającej 11 dni podróży na pierwsze spotkanie z królem Karolem VII (wówczas jeszcze niekoronowanym), w czasie której musiała (wraz z towarzyszacymi jej kilkoma osobami) przejść w bród 6 rzek (a było to w lutym), świadek jej spotkania z królem stwierdza, że mówiła „pięknym, dzwięcznym, kobiecym glosem”, czyli że nie nabawiła się nawet chrypki.

Dwadzieścia pięć lat po swej śmierci „doczekała się” procesu rehabilitacyjnego. Świadkowie, którzy w tym procesie zeznawali, zwłaszcza ci z jej rodzinnych stron, podkreślali, że „była dobrą katoliczką”, „z troską wychowana w Wierze i moralności”. Właściwie, jeśliby polegać na takich świadectwach, to wynikałoby z nich, że niewiele różniła się od innych. Tyle tylko, że była bardziej pobozna, częściej chadzała do kościoła, chętniej udzielała się, by na przykład opiekować się chorymi. Tymczasem pewne różnice, inne niż stopień pobożnosci, jednak istniały.

Podpis Joanny_editedWbrew istniejacej wówczas tradycji, nie składała na ogól przysiąg i nie zaklinała się, lecz obiecując cokolwiek, dodawała „niechybnie!”. Nie brała udziału w tańcach, gdy inni tanczyli.  Nie była zbyt rozmowna. Lubiła atmosferę kościołów, zapalone świece i dzwięk dzwonów. Gdy miejscowy kościelny i dzwonnik w jednej osobie zapominał dzwonić o wyznaczonym czasie, potrafiła przybiec z pola, by czynić mu wymówki. Obiecywała nawet małe upominki, byle tylko dobrze dzwonił. Jak miało się pózniej okazać, różniła się od swych rówiesnikow jeszcze czymś innym: była inteligentniejsza i cechował ja większy upór i konsekwencja. Wystarczy chocby przeczytać jej zeznania z Rouen i porównać je z wypowiedziami jej ziomków z okresu pózniejszego o ćwierćwiecze, by się o tym dowodnie przekonać.

Często przedstawiana jest w rycinach jako pasterka, bo niejednokrotnie musiała w polu pilnować bydła zarówno własnej rodziny, jak i sąsiadów. Chadzała również za pługiem. Jesli jednak utozsamiać ją z jakimś zajęciem, to raczej mniej z pasterstwem czy rolą, lecz z przędzeniem. Umiejętności swych jako prząśniczka nie tylko nie wstydziła sie, ale była wręcz z nich dumna. Podczas procesu stwierdziła, że jesli chodzi o przędzenie, nie boi się konkurencji żadnej kobiety z Rouen.

To, że potrafiła odpowiadać „ciętym” jezykiem, dało znać o sobie nie tylko podczas procesu w Rouen. Dwa lata wcześniej potrafiła „dociąć” również tym duchownym, którzy na polecenie Karola VII badali ją w Poitiers. Jeden z owych duchownych, Seguin de Seguin, zeznał pózniej w 1455 roku, że gdy spytał ją jakim językiem mówiły do niej słyszane przez nią Głosy, odpaliła: „Lepszym niż twój” (mówił dialektem; ona zresztą też…). Ten sam duchowny zapytał ją następnie czy wierzy w Boga. „Zaprawdę, bardziej niż ty!” - brzmiała odpowiedź. W lipcu 1429 roku, prowadząc króla do Reims i zajmując dla niego miasto Troyes, spotkała się z bardzo wówczas znanym i dziwacznym mnichem, bratem Ryszardem. Mnich ten nie wiedział jak się zachować wobec Joanny, nie był bowiem pewien, czy nie jest ona czarownicą. Krępował się zatem do niej podejść. Zachęciła go, mówiąc: „Podejdź śmiało. Nie odfrunę”. Zaś podczas swego procesu skazującego zdobyła się kiedyś na wyraz przaśnego humoru: gdy przesłuchujący ją ksiądz Bosguillaume pomylił fakty z jej życiorysu, zapowiedziała mu, że jeśli jeszcze raz tak się pomyli, to go „wytarga za uszy”.

„Najsłodszy Panie, na honor Twej Swiętej Pasji, zaklinam Cię, jesli mnie miłujesz, bys objawił mi jak powinnam odpowiadac tym duchownym…”

Musiała odpowiadać za swoje zwycięstwa militarne oraz za swoje porażki. Atakowano ją za wszystko, za co się dało, był to proces, w którym sądzono zarówno za herezję i bałwochwalstwo jak za sprawy polityczne. Uśmiercając Joannę wymierzano tym policzek Karolowi VII, policzek tym bardziej dotkliwy, ze Karol VII nie próbował replikować.

pierwszy szkic JdAMiano jej za złe jej zwycięstwa, bo ginęli ludzie, miano jej za złe porażki – z tego samego powodu. Pytano dlaczego zaatakowała Jargeau (12 czerwca 1429) zamiast negocjować z dowódcą garnizonu angielskiego w tym mieście (lordem Suffolk, który potem, zanim poddał się do niewoli francuskiemu szlachcicowi, pospiesznie pasował go na rycerza, bo krępował się być jeńcem kogoś, kto rycerzem nie był); dlaczego zaatakowała Paryż w święto Narodzenia Najświętszej Marii Panny (8 września 1429); dlaczego wypowiadała opinie na temat tego który z trzech ówczesnych papieży był prawowitym papieżem (Marcin V, Klemens VIII, Benedykt XIV); dlaczego zgodziła się, by Franquet d’Arras (pojmany do niewoli szlachcic winny złodziejstwa i morderstw) został osądzony za swoje czyny przez władze dwóch miast, w których dopuscił się zbrodni (chciała go poczatkowo wymienić za jednego ze swoich ludzi, ten jednak został zabity przez Burgundczyków, więc do wymiany nie doszło); czy była świadkiem zabijania Anglików („W imię Boga, tak. Jakże łagodnie mówisz! Czemu nie odejdą z Francji do swego własnego kraju?”. Słysząc to, pewien angielski szlachcic miał wykrzyknąć: „Really, to wspaniała kobieta! Gdybyż tylko była Angielką!”); dlaczego jej sztandar został wniesiony do katedry na koronację Karola VII („miał swój udział w bólu, należał mu się udział w chwale!”); dlaczego w celu udania się na wojnę uciekła z domu swych rodzicow i czy w jej opinii nie było to grzechem („Jesli Bóg tak nakazał, trzeba było usłuchać, nawet gdybym miała stu ojców i sto matek, albo gdybym była córką króla, odeszłabym”); dlaczego procesowała się w kwestii małzeństwa (ojciec chciał ją wydać za mąż za pewnego młodzieńca, który potem podał ja do sądu za złamanie obietnicy małżeństwa; Joanna broniła się sama w sadzie w Toul; musiała wypasć przekonująco, bo sprawę wygrała); czy Anioł (z którym „rozmawiała”) nie zaniedbał jej, skoro dostała się do niewoli („myslę, ze skoro Bóg tak chciał, to jest to dla mojego dobra, ze się dostałam do niewoli”); dlaczego nazywała siebie „córką Boga” i tak dalej. Niektóre stawiane jej pytania wydają się dzisiaj wręcz głupie, na przykład czy pozowała do portretu („samochwalstwo”), gdzie trzymała swoją mandragorę (zakładano, że musiała mieć tę roślinę, jako że utożsamiana ona była z czarami…), czy przyczepiła sobie do hełmu aureolę lub czy to prawda, że mówiła, że zamierza mieć trzech synów, z których jednego chciała uczynic papieżem, drugiego cesarzem, a trzeciego królem.

Były jednak pytania, ktore powtarzały się bez przerwy, sprawy do których sędziowie stale powracali. Dotyczyły one „bałwochwalstwa” oraz „rozwiązłości” Joanny, sprawy zwiazane z podporządkowaniem się osądowi „Matki Kościoła”, sprawa męskich strojów, które nosiła oraz – jak łatwo zgadnąć – jej „objawień” oraz „głosów” świętych i aniołów.

Broniła się w zasadzie sama. Gdy jednak – w późniejszej części procesu – sędziowie zebrali oskarżenia wobec niej w 70 punktów i miała na owe punkty odpowiadać, otrzymała pomoc z najmniej spodziewanej strony. W tym miejscu powiedzieć wypadałoby parę ciepłych słów pod adresem asystenta inkwizytora, dominikanina nazwiskiem Isambard de la Pierre. Okazji dostarczył fakt, ze sala była pełna i dla niektórych z sądzących duchownych (było ich w sumie 62) brakować zaczęło miejsca. Wspomina inny dominikanin, Guillaume Duval:

„Ponieważ nie było miejsc siedzących dla nas wśrod rady, poszlismy, zgodnie z naszym zwyczajem, by usiąść przy stole obok Dziewicy. Tam, gdy Joanna była przesłuchiwana, Brat Isambard ostrzegał ją jak miała odpowiadać, szturchając ją łokciem”

„Każę cię wrzucić do Sekwany!” - groził później za to Isambardowi lord Warwick, odpowiedzialny za jej więzienie.

„…znam dobrze, jeśli chodzi o ten strój, rozkaz, na który go włożyłam; ale nie wiem w jaki sposób mam go porzucić; zechciej mnie pouczyć”

muszlowaty kapelusz JdAJednym z bardziej męczących zarzutów był ten, powtarzany w kółko, o ‚niestosownym’ ubiorze Joanny. Niestosowność ta polegała na tym, że ubierała się po męsku oraz że była to „bardzo szlachetna odzież ze złotego i jedwabnego materiału z dużą ilością futra”. Zarzutem było na przykład, ze nosiła „kaptur i modne, szkarłatne pończochy” (noszone wówczas przez mężczyzn). Już na długo przed procesem w Rouen jej wrogowie wręcz przescigali się w wyliczaniu tych męskich części garderoby oraz broni, których „nieprawnie” używała: „koszule, bryczesy, kamizele ze sztylpami łączonymi z nią dwudziestoma sznurówkami, wysokie pantofle sznurowane po zewnętrznej stronie, krótką pelerynę do kolan, muszlowaty kapelusz, ciasno przylegające długie buty, długie ostrogi, miecz, sztylet, kolczugę, lancę i inną broń, w którą się zbroiła jak mężowie pod bronią”.

Ta swego rodzaju obsesja przeciwników Joanny jej strojami znalazła wręcz – a jakże! – swe ukoronowanie podczas jej procesu, gdy w jednym z punktów oskarżenia znów zabawiono się w owa „wyliczankę”:

„czasem ubrana we wspaniałe i pełne przepychu odzienie z cennego materiału, złota jak równiez futer. I nie tylko nosiła krótkie tuniki, lecz także tabardy (krótkie luźne odzienie nakładane przez rycerzy na zbroje i pokryte barwami oraz herbami rodowymi – przyp. MM) oraz peleryny otwarte po wszystkich stronach; znany jest fakt, ze pojmana została w złotej huque, otwartej ze wszystkich stron” (huque to tez rodzaj tabardu z powiewającymi na wietrze luźnymi pasami materiału).

Dość powiedzieć, ze o sprawy swego ubioru Joanna była wypytywana częściej nawet niż o wolę podporzadkowania się kościołowi!!! O strój pytano ją już podczas drugiego dnia procesu, 22 lutego 1431 („Kto poradził ci włożyć męski strój?”), podczas gdy o podporządkowanie się autorytetowi hierarchii dopiero niemal cztery tygodnie później, 15 marca („Przede wszystkim Joanna została życzliwie upomniana, ostrzeżona i zapytana, czy jeśli uczyniła cokolwiek, co mogłoby być przeciw naszej Wierze, czy pozostawi to osądowi decyzji Świętej Matki Kościoła”).

I tym razem – jak i w innych tego rodzaju przypadkach – jej odpowiedź zasługuje na baczną uwagę:

„Niechaj moje odpowiedzi będą badane przez Duchowieństwo: niechaj ono mi wówczas powie, czy w nich jest cokolwiek przeciw Wierze Chrześcijańskiej. Ja z pewnością przez swoja radę („conseil” – a pod tym pojęciem rozumiała swoje „głosy”, które jej doradzały – przyp. MM) będę wiedziała co to jest, i potem powiem co ma być sądzone i zdecydowane. Ponadto jesli jest w nich cokolwiek złego przeciw Wierze Chrześcijańskiej, którą Nasz Pan nakazał, to nie będę sobie życzyła tego podtrzymywać i będę żałowała, że się sprzeciwiałam”.

No, więc kto ostatecznie miał według niej „sądzić” i „zdecydować”? Ona sama!

joanofarccoatofarmsNajwyraźniej sędziowie byli wprost oburzeni męskimi strojami Dziewicy w stopniu mniej więcej takim, w jakim dziś niektórzy t.zw. „tradycjonaliści” za „bezeceństwo” uważaja wszelka nawet myśl o ministrantkach czy wyświęcaniu kobiet na księży. Powoływali się przy tym na Pismo Święte, które zakazuje kobietom ubierania się po męsku i mężczyznom po kobiecemu (Dt 22;5). Bogactwo zaś owych strojów uznali za wyraz pychy. Tu jednakże „okolicznością łagodzącą” jest fakt, że w ówczesnym społeczeństwie strój znamionował przynależność do grupy społecznej i nakładał on na swego właściciela określone reguły postępowania, właściwe dla danej grupy. Joanna uważała, że ma do spełnienia ważną misję i że fakt ten musiał być uwidoczniony jej strojem. Dodatkowo pamiętać należy, ze to nie ona zamawiała i nabywała owe ubiory, lecz albo król albo lokalne władze (np. w Orleanie). No i przypomnijmy w tym miejscu fakt, o którym niezbyt wielu wie: w grudniu 1429 roku Joanna oficjalnie otrzymała (na piśmie) od króla Karola VII tytuł szlachecki wraz z herbem – patrz powyżej: herb i owo pismo.

Szokujące dla tych duchownych było to, że Joanna – jako kobieta – nosiła męskie krótkie tuniki, pod którymi wyraźnie było widać kształt nóg. Był to jeden z tych powodów, dla których uważali oni ją za „rozwiązłą”, pomimo faktu potwierdzenia (i to dwukrotnego) jej dziewictwa („virgo intacta”) w wyniku bezpośredniego badania (1)

Sprawa stroju była też jedną z tych, które przesądzić miały, pod koniec maja 1431 roku, o wyroku śmierci. Zastraszona widokiem stosu 24 maja zgodziła się włozyć strój kobiecy. Po kilku dniach jednak znaleziono ją w celi przebrana z powrotem w swój strój męski (zapewne specjalnie jej w tym celu pozostawiony w celi). Był to też jeden z powodów, dla których w wyroku końcowym nazwano ją „wtórną heretyczką”.

„…uważaj co mówisz, ty, co jesteś moim sędzią…”

Tak zwróciła się do biskupa Cauchona 24 lutego 1431 roku, gdy próbował on narzucic jej przepisaną, oficjalną formę składania przysięgi przed sądem. Był to pierwszy tak wyraźny sygnał zapowiadający, że sędziom trudno będzie skłonić ją do uznania autorytetu władzy kościelnej nad nią, jeśli chodzi o sprawy uważane przez nią za będące bezposrednio wyrażoną jej wolą bożą.

Nigdy z własnej woli nie uznała niczyjego autorytetu ( w tym i papieskiego) nad własnym doświadczeniem religijnym. Nawet gdy mówiła o podporządkowaniu się papieżowi, to w sprawach wiary, a nie w sprawach poznanych własnym doświadczeniem. Jest to w pełni potwierdzone już nawet nie tylko przez poszczególne cytaty z jej zeznań w procesie, choć możnaby cytować wręcz całymi stronicami, lecz przez cały ‚tenor’ jej wypowiedzi podczas tego procesu.

Jak wyglądała hierarchia wartości autorytetu religijnego w oczach Joanny oraz wzajemne relacje między własnym doświadczeniem a autorytetem hierarchii, niechaj świadczą o tym te jej wypowiedzi, w których oba te czynniki zestawione są ze sobą bezpośrednio. Poniższe cytaty są długie, zależy nam bowiem na pokazaniu nie tylko samych wypowiedzi oskarżonej, ale również całego ich kontekstu:

31 marca 1431:

- „We wszystkim, o co jestem pytana, podporządkuję sie Kościołowi Wojującemu, (obecnie zwanemu „pielgrzymującym” – przyp MM)  pod warunkiem, że nie nakazuje on niczego niemożliwego…” dodając: „… A w przypadku, gdyby Kościoł zechciał, bym uczyniła cokolwiek sprzecznego z rozkazem danym mi przez Boga, nie zgodzę się na to, cokolwiek by to było.”

„Jeśli Kościół Wojujący powie ci, że twoje objawienia są iluzjami lub rzeczami diabolicznymi, czy podporządkujesz się Kościołowi?”

- „Podporządkuję się Bogu, Ktorego Nakazy zawsze wykonuję. Wiem dobrze, że to, co jest zawarte w mojej Sprawie pochodzi z Nakazu Bożego; to, co potwierdzam w tej Sprawie to to, że postępowałam na rozkaz Boga: to niemożliwe, abym mowiła inaczej. W wypadku, gdy Kościoł nakaże inaczej, nie podporzadkuję się nikomu na świecie, a jedynie Bogu, według Nakazów Którego zawsze postepuję.”

„Czy zatem nie wierzysz, że jesteś poddaną Kościoła Bożego, który jest na ziemi, to znaczy naszego Pana, Papieża, Kardynałów, Arcybiskupów, Biskupów i innych prałatów Kościola?”

- „Tak, wierzę, że jestem im poddana; ale najpierw trzeba służyc Bogu.”

„…Zabierzcie mnie do papieża, to jemu odpowiem…”

2 maja 1431:

- „Naprawdę wierzę w Kościół na ziemi; ale w sprawie moich słów i czynów, jak juz mowiłam, polegam i podporzadkowuję się jedynie Bogu. Wierzę, ze Kościół Wojujący nie może się mylić; ale co do moich słów i czynów, powierzam je wszystkie Bogu, Który sprawił, że uczynilam to, co uczyniłam. Powierzam siebie Bogu, memu Stwórcy, Który sprawił, że uczyniłam wszystkie te rzeczy; odwołuję się zatem do Boga i do siebie samej.”

„Czy zamierzasz przez to powiedzieć, że nie masz sędziego na ziemi? Czy nasz Ojciec Święty, Papież, nie jest twoim sędzią?”

- „Nic więcej wam nie powiem. Mam dobrego Mistrza, czyli Boga; to ku niemu spoglądam we wszystkim, co czynię i ku nikomu więcej.”

„Jeśli nie wierzysz w Kościól, jeśli nie wierzysz w Artykuły Wyznania Wiary „jeden, Święty, Powszechny”, zostaniesz uznana za heretyczkę oraz, przez innych sędziów, ukarana bólami ognia.”

- „Nic więcej wam nie powiem, a jeśli zobaczę ogien, to powiem wszystko to, co wam mówię i niczego więcej” (na marginesie skryba zanotował: „superba responsio”)

„Jeśli Sobór Powszechny – to jest, gdyby tu byli nasz Ojciec Święty, Papież, Kardynalowie, Biskupi i inni, to czy nie odwołałabyś się i nie podporządkowała takiemu Świętemu Soborowi?”

- „Nic więcej ze mnie na ten temat nie wyciągniecie.”

„Czy podporządkujesz się naszemu Ojcu Świętemu, Papieżowi?”

- „Zabierzcie mnie do niego, to jemu odpowiem”.

Otóz właśnie to: „…to jemu odpowiem” (JAK??!!).

Sądzę, że powyższe, pełne wypowiedzi WRAZ z ich kontekstem mówią wszystko. Teza, że Joanna była ortodoksyjna wedle wszelkich reguł kościelnych, jest po prostu nie do obrony. Można ją jedynie próbować wmawiać tym, którzy nigdy porządnie nie przestudiowali akt procesu.

Pomimo jednak takich wypowiedzi nie należy wnioskować, że Joanna była typem „antyklerykała”. Wniosek taki nasuwać się może tutaj co prawda, zwłaszcza jesli komentarz pisany jest rękę „heretyka” nie ukrywającego swego wstrętu do niektórych aspektów funkcjonowania hierarchii kościelnej. W tym jednak wypadku wniosek byłby całkowicie mylny: Joanna nigdy nie próbowała świadomie podważać pozycji ani roli duchowieństwa w kościele czy też w ówczesnym układzie sił społecznych. Traktowała je jak najbardziej poważnie uważając, że reprezentuje ono Boga na ziemi. Jak słusznie zwracają uwagę rozmaici integryści, nie jest znany ani jeden przypadek jej buntu choćby przeciwko faktowi chciwości materialnej hierarchów, ich zamiłowania do wystawnych strojów, bogacenia się kosztem słabszych finansowo ko-religionistów itd. Najwidoczniej sprawy te nie odgrywały dla niej pierwszorzędnej roli. Nie była też typem „rewolucjonistki” łamiącej bariery klasowe, chociaż niewątpliwie prawdą jest, że przynajmniej początkowo, to ona miała w sobie więcej optymizmu i animuszu niż krol. To ona doprowadziła do jego koronacji, niemalże „za rękę” prowadząc go aż do Reims.

Gdy była mowa – po raz kolejny – o owym podporządkowaniu się autorytetowi kościoła, pokazać się miało, jakie były motywy Joanny (jak również charakter całego procesu). Jak zeznał po latach brat Isambard de la Pierre z inkwizycji:

„Interweniowałem, by poradzić jej podporządkowanie się Soborowi Powszechnemu w Bazylei, który wówczas obradował. Joanna spytała mnie co to jest „Sobór Powszechny”. Odpowiedziałem, że to kongregacja Kościoła Powszechnego i że na tym soborze prałatów i doktorów Chrześcijaństwa było tylu członków z jej stronnictwa co i ze stronnictwa Anglików. Usłyszawszy to, Joanna zaczęła mówić: „Och, ponieważ tam są tacy, co są od nas, to chcę się tam udać i podporzadkować Soborowi w Bazylei”. Natychmiast, upominając mnie z wielką złością i oburzeniem, biskup  Beauvais wykrzyknał: „Badź cicho, u diabla!” („de par le diable!”).  Wtedy notariusz, Guillaume Manchon, spytał czy może zanotować podporządkowanie się Joanny Soborowi. Biskup odpowiedział mu, że nie, nie jest to konieczne i że ma uważać, by tego nie zapisywać. Na co Joanna zwróciła się do biskupa: „Ha! Ty piszesz to, co jest przeciw mnie, a nie piszesz tego, co na moją korzyść”. Jak sadzę, istotnie deklaracja Joanny nie została zapisana i było wielkie szemranie pośrod obecnych.”

A zatem Joanna chciała się podporządkowac soborowi, ale tylko dlatego, że tam byli reprezentowani jej zwolennicy.

W związku ze skazaniem Joanny niejednokrotnie (zresztą słusznie) stawia się zarzuty królowi Karolowi VII (który zawdzięczał jej koronę), że nie uczynił on prawie nic, by np. wykupić Joannę z rąk angielskich, że kontrastowała taka postawa z postawą  Anglików, nie żałujących pieniędzy Burgundczykom (którzy wzięli Joanne do niewoli), by dostać ją wreszcie w swoje ręce. To w zasadzie prawda, choć odnotowano, że Karol jednak – wg. niektórych świadectw – próbował nieśmiało negocjować z Burgundczykami. Prawdą jest jednak równocześnie, że ze strony papieża uczyniono jeszcze mniej: nie ma mowy nawet o „nieśmiałych” próbach negocjacji czy bodaj mediacji, choć przecież papież był wówczas w stanie uczynić więcej niż Karol VII. Nie był bowiem wrogiem Anglii i jego sugestie mogły w tym kraju paść na podatniejszy grunt. Karol przynajmniej zainicjował rehabilitację pośmiertną Joanny (nie bez względu na swój własny interes polityczny), papież nie uczynił nawet tego. On jedynie wyraził zgodę  na proces rehabilitacyjny, gdy był on już dla Rzymu politycznie obojętny. Cokolwiek by nie powiedzieć jednak o intencjach Karola VII oraz papieży Marcina V, Eugeniusza VI czy Kaliksta III, wydaje się mimo wszystko mało uczciwym zrzucanie całej winy na króla Francji za bezczynność przy jednoczesnym oszczędzaniu głow Kościoła, a nawet chwaleniu ich za… postępowanie w podobny sposób.

„…to ja byłam tym Aniołem…”

Wyobraźnia! Ileż już napisano na jej temat! Czytamy o bujnej wyobraźni, o braku wyobraźni, nawet o chorej wyobraźni. Czytamy o genialnej wyobraźni oraz o takiej, która w opinii wielu staje się niemal widzeniem lub proroctwem. Rzadziej jednak czytamy o wymuszonej wyobraźni, choc zdarza się ona stosunkowo często. Czym się taka wyobraźnia charakteryzuje? Jak łatwo się domyślić, chodzi o tworzenie fikcji pod presją, w okolicznościach, w których trudno mówić o pewnych rzeczach wprost. Trochę przypomina to nieraz pospieszne wymyślanie historyjek mających na celu usprawiedliwienie samego siebie w obliczu spodziewanej groźby. Każdy z nas jest w stanie sięgnąć pamięcią do owych – często niewinnych i może dziś już śmieszących nieco z perspektywy czasu sytuacji, gdy trzeba bylo ratować się z opałów opowiedzeniem czegoś, czego początkowo wcale nie planowano mówić. Wyobraźmy sobie sytuację podobną w swym charakterze, spotęgowaną jednak wagą spraw państwowych i rozpatrywaną z całą powagą, na jaką zdobyć się potrafił eklezjalny sąd inkwizycyjny.

Jednym z ciekawszych wątków procesu Joanny d’Arc była sprawa t.zw. „znaku”, jaki Jehanne miała dać – z pomocą Boską – królowi (a właściwie – wówczas jeszcze – „delfinowi”) Karolowi VII francuskiemu, znaku mającego potwierdzić jej boskie posłannictwo. Ale zacznijmy po kolei:

JdAwChinonPierwsze spotkanie Joanny z Karolem miało miejsce późnym popołudniem 6 marca 1429 roku na zamku w Chinon (na zdjęciu: fragment ruin zamku z widocznym kominkiem w pomieszczeniu, w którym miało miejsce owo spotkanie). Co prawda początkowo odbywało się ono w obecności licznie zgromadzonych arystokratów i owego niezbyt okazałego ‚dworu’ (według Joanny „około 300 osob”) tego zbiedniałego i raczej pesymistycznego, chuderlawego, wątłego monarchy o krzywych nogach, których kolana niemal obijały się o siebie przy chodzeniu. Jednak nieco później tych dwoje miało okazję rozmawiać przez chwilę na osobności. Już wówczas krążyć zaczęły historie na temat tego, co zostało wypowiedziane między nimi. Jednakże chodziło właśnie o to, co ona jemu miała do powiedzenia, a co wielu autorów uważa za słowa otuchy polegające na zapewnieniu Karola, ze jest on prawowitym synem krola Francji (wysiłki były bowiem czynione – również ze strony matki Karola, Izabeli Bawarskiej – by tę prawowitość zanegować). Nie było jednak mowy o dawaniu żadnych widocznych znaków. Sama Joanna miała zresztą dość jednoznaczną opinią na temat „dawania znaków” przez siebie innym ludziom (tak jak – czasami – Chrystus – p. Mt 12;39). Gdy – krótko później – na polecenie Karola VII, była egzaminowana w Poitiers przez przedstawicieli duchowieństwa pod kątem jej kontaktów mistycznych i zażądano od niej dania jakiegoś ‚znaku’ w celu przekonania zebranych eklezjastów o autentyczności jej posłannictwa, odpowiedziala: „W imię Boga (‚En nom Dieu’), nie przybyłam do Poitiers, by dawać znaki. Ale zaprowadźcie mnie do Orleanu, a ja wam pokażę znak, dla którego przybyłam „. Pod pojęciem znaku w Orleanie miała na myśli walkę zbrojna o przełamanie jego oblężenia przez Anglików („…żołnierze będą walczyli, a Bóg im da zwycięstwo”).

Później jednak plotki rozrosły się do sensacji o „znaku” otrzymanym przez Karola od dziewicy inspirowanej przez Boga.

W 1431 roku jej sędziowie w Rouen powrócili do tego tematu. Już 22 lutego zapytali: „Czy widziałaś Anioła ponad Królem?”.  Wtedy jeszcze odparła wymijająco, że zanim król powierzył jej misję, sam „…miał wiele widzeń i pięknych objawień”. Uchyliła się jednak od opisania tychże. 27 lutego została ona zapytana przez nich ponownie „Czy ponad głową twego króla był anioł, gdy spotkałaś się z nim po raz pierwszy?”. Joannę jakby kto obuchem uderzył. Zaraz się żachnęła: „Na Panią Naszą! Jesli był, to nic o tym nie wiem; nie widziałam go.”  Były to pierwsze wzmianki o aniele towarzyszącym Joannie i Karolowi podczas ich rozmowy w Chinon.

1 marca wypytując ją o jej ‚widzenia’, pełne świętych w koronach, zapytali ją nagle: „Gdy pokazałaś swój znak królowi, byłaś z nim sama?”.

-   „Nie przypominam sobie nikogo więcej, choć w pobliżu było wielu ludzi”

„Gdy pokazałaś znak królowi, widziałaś koronę na jego głowie?”

JdAna koronacjiByła to pierwsza wzmianka dotyczaca korony. Odpowiedziała im, że myśli, że „…mój król przyjął z radością koronę, która miał w Reims (czyli cztery i pół miesiąca później, 17 lipca 1429, podczas koronacji – przyp. MM), ale inna, znacznie bogatsza, była mu dana później”. Zapytana, czy widziała tę inna, bogatsza koronę, odparła, że jedynie słyszała, że jest ona bogata i „cenna do pewnego stopnia”. Widzimy zatem, że w tym momencie nie uchylała się ona już od wersji, według której „dała znak” Karolowi. W dalszym jednak ciągu trzymała się wersji, że żadnej cudownej korony nie widziała. Widziała jedynie tę, którą włożono krolowi na głowę podczas koronacji w Reims. Z całą pewnością widziała ją doskonale, tak jak sam król, gdyż stała tuż przy nim ze swoim sztandarem, jako jedyna osoba dopuszczona tak blisko podczas ceremonii.

10 marca Jehanne zupełnie zmieniła swą wersję: teraz już znak, dany przez nią królowi „był piękny, godny i najbardziej wiarygodny; najlepszy i najbogatszy na świecie”. Stwierdzila także, że on „trwac będzie tysiąc lat i więcej. Moj znak jest w skarbcu króla”. Proszę tez zwrócić uwagę na poniższy opis z jej zeznania:

-  „…Dziękowalam Panu Naszemu za wybawienie mnie z kłopotu, jaki miałam z duchownymi z naszego stronnictwa, którzy argumentowali przeciwko mnie; i uklękłam kilka razy. Anioł od Boga i od nikogo innego, posłał znak memu królowi; i za to wiele razy dziękowałam Panu Naszemu. Księża z naszego stronnictwa przestali mnie atakować, gdy poznali ten znak”

„Zatem duchowieństwo z twego stronnictwa widziało ten znak?”

-  „Gdy moj król i ci, co byli z nim, zobaczyli znak oraz Anioła, który go przyniosł, spytałam mego krola, czy był przekonany. Powiedział, że tak. Potem odeszłam i poszłam do małej kaplicy w pobliżu. Słyszałam od tamtej chwili, że po moim wyjsciu ponad trzysta osób widziało znak. Z miłości do mnie oraz by mnie nie wypytywano, Bóg pozwolił pewnym ludziom z mego stronnictwa zobaczyć znak na jawie.”

„Czy twój król oraz ty, oddaliście cześć Aniołowoi, który przyniosł znak?”

„Tak; pozdrowiłam go, uklękłam i zdjęłam czapkę.”

Rzecz jasna, ze strony ani króla ani kogokolwiek obecnego wówczas w Chinon (również z owych „ponad trzystu osób”) nigdy, nawet podczas procesu rehabilitacyjnego Joanny, nie pojawiło się żadne potwierdzenie powyższej historii. Joanna poszła „na całego” w wymyślaniu i ubarwianiu tej wersji przed sądem inkwizycyjnym. 13 marca w historii tej pojawiły się jednak prawdziwe elementy, które mogą pomóc w zidentyfikowaniu jej jako swego rodzaju alegorii:

„Znakiem było to, że Anioł zapewnił mego króla, przynosząc mu koronę, że będzie on miał całe krolestwo Francji z pomocą Boską i poprzez mój wysiłek; że miał zacząć pozwolić mi działać – czyli dać mi zbrojnych mężów; i że w przeciwnym wypadku nie zostanie tak prędko koronowany i konsekrowany.”

Opis zaś owego znaku – owa fantazja – jest pomieszany gęsto z opisem koronacji w Reims:

„W jaki sposób Anioł niósł koronę? I czy osobiście włożył ją na głowę króla?”

-  „Korona była dana Arcybiskupowi – to jest Arcybiskupowi Reims (abp Regnault de Chartres – przyp. MM) jak mi się zdaje, w obecności króla. Arcybiskup otrzymał ją i dał ją królowi. Byłam przy tym obecna. Potem koronę umieszczono wsród skarbow krola”.

Mamy tu zatem do czynienia z alegorią (tak jak w innej literaturze z chodzeniem po wodzie czy fizycznym zmartwychwstaniem), choć wypada przyznać, że opowiedziana ona została w formie mogacej istotnie sprawić na sędziach wrażenie krzywoprzysięstwa.

Natomiast przedmiotem kontrowersji jest coś innego. Gdy wydano na Joannę ostateczny wyrok (29 maja 1431) i poinformowano ją o tym następnego ranka (30 maja) oraz o tym, że za chwilę zostanie zabrana na egzekucję, Joanna wyznać miała, że jej głosy ją „oszukały” (spodziewała się bowiem uwolnienia) oraz to, że w spotkaniu z królem Karolem to ona sama była tym aniołem, który objawił mu boski znak. Reakcja Joanny była zatem analogiczna do jej wyrzeczenia z 24 maja oraz do jej (wyrażonej dopiero wówczas!!!) gotowości podporządkowania się papieżowi (2) . Osobiście nie biorę jej tych chwil słabości za złe. Skoro Chrystusowi wolno było narzekać, że „Bóg go opuścił” (Mt 27;46, Mk 15;34), to cóż złego, jeśli Joanna d’Arc uległa podobnemu wrażeniu? Na dodatek określenie, że ona sama „była tym Aniołem”, który przyniósł jej królowi koronę, uważam za jedną z najlepszych i najpiękniejszych wypowiedzi jej przypisanych, bardzo zgrabnie podsumowującą rolę, jaką odegrała w tym wydarzeniu; rolę, którą król Karol VII osobiście podkreślił, gdy podczas jego koronacji stała tuż za nim ze swym sztandarem, który jako jedyny wniesiony wtedy został do katedry w Reims.

Przedmiotem kontrowersji jest to, że owe wyznania, w formie zeznań siedmiu duchownych rozmawiajacych z nia tego dnia w miejscu jej uwięzienia, spisane i zaprzysiężone, nie stanowią integralnej części dokumentów procesu w Rouen, zostały zaś do owych dokumentów dołączone 7 czerwca 1431 roku, zatem osiem dni po egzekucji Joanny. Trzech notariuszy procesu odmówiło również podpisania tego dokumentu, najprawdopodobniej zresztą dlatego, że nie byli oni obecni tego dnia w celi Joanny i nie byli w związku z tym świadkami odbytej tam rozmowy. Fakty te skłaniały – i w dalszym ciągu skłaniaja – wielu autorów do wyrażania opinii, że dokument ten jest fabrykacją biskupa Cauchona i że z prawdą nie ma on absolutnie niczego wspólnego (zachęcam do zapoznania się z takimi argumentami  http://www.stjoan-center.com/novelapp/joaap02.html ). Osobiście skłaniam się ku wnioskowi przeciwnemu, choć zdaję sobie również sprawę, że kwestia autentyczności tego zapisu w niczym nie zmienia znaczenia zeznan złożonych wcześniej przez Joannę w tej kwestii, a jak sami widzieliśmy, owe zeznania w swej końcowej części jak najbardziej potwierdzają tezę o niej jak o owym „aniele”.

Zwraca też uwagę fakt, że nawet po 25 latach po egzekucji Joanny jej niegdysiejsi sędziowie wciąż nie do końca potrafili wycofać się ze swych pierwotnych opinii na jej temat. Na przykład Jean Beaupere, teolog i kanonik z Rouen, już w pierwszym zdaniu swego zeznania podczas pierwszego dochodzenia w sprawie „rehabilitacji” Joanny stwierdził, że:

„Co do wizji wspomnianych podczas Procesu wspomnianej Joanny, reprezentowałem i wciąż reprezentuję poglad, że wynikały one bardziej z przyczyn naturalnych i ludzkiej intencji niż z czegokolwiek ponadnaturalnego.”

„Joanno, idź w pokoju…”

Krótko przed wyrokiem wygłoszone zostało kazanie, ktorego motywem przewodnim był cytat z Nowego Testamentu, a mianowicie z 1 Kor. 12;26 („Tak więc, gdy cierpi jeden członek, współcierpią wszystkie inne członki…”)

model RouenJoanna słuchała kazania w spokoju, nie probując przerywać (na zdjęciu: model sceny egzekucji). Po kazaniu ks. Midiego Cauchon wezwał ją, by pomyślała o zbawieniu swej duszy. Towarzyszyli jej w tym momencie dwaj dominikanie (Ladvenu i de la Pierre). Nastepnie odczytano wyrok, którego fragmenty zacytowano na wstępie. Gdy odczytany został wyrok, Midi zwrócił się do Joanny mówiąc „Joanno, idź w pokoju. Kościół nie może cię juz dłużej chronić i przekazuje cię ramieniu świeckiemu”. W tym momencie Joanna, ubrana w czarną szatę i z chustą na ogolonej głowie została dodatkowo ‚ukoronowana’ mitrą z napisem „heretyczka, wtórna heretyczka, apostatka, bałwochwalczyni” por. Mt 27;29). Ukląkłszy, zaczęła prosic wszystkich o modlitwe za nia oraz o przebaczenie. Mówiła – jak relacjonuje świadek, ks. Jean Massieu – około pół godziny.  Wielu spośród paru tysięcy ludzi tam obecnych było głeboko poruszonych, natomiast otaczajacy gęsto Joannę zołnierze angielscy kwitowali jej słowa gromkim śmiechem.  Ks. Loyseleur, który odegrał wyjątkowo paskudna rolę w jej procesie (przebywał z nią przez pewien czas w jej celi udając stronnika Karola VII i słuchając jej spowiedzi, a nastepnie donosił sędziom), nie wytrzymał i z płaczem odszedł (por. Mt 27;3-4). Musiał udać się do lorda Warwicka szukając ochrony, gdyż niektórzy żołnierze wygrażali mu jako zdrajcy. Wkrótce ratował się ucieczką z miasta. Odszedł również Guillaume Manchon, jeden z notariuszy sporządzających protokoły procesu. Nie został odczytany jednak – wbrew istniejącej procedurze – żaden wyrok władzy świeckiej. Joannę odprowadzono jedynie do miejsca, w którym zasiadł urzędnik sądowy miasta Rouen. Wykonał on gest ręką, mówiąc „bierzcie ją, bierzcie ją!”. Natychmiast została zawleczona przez żołnierzy na rusztowanie stosu.

Do pala, do którego została przykuta, przybita była tablica z napisem zawierającym wszystko to, o co ją publicznie oskarżano:

„Joanna, która zwała siebie Dziewicą, kłamczyni, zgubnie oszukująca lud, czarownica, przesądna, bluźnierczyni przeciw Bogu, zniesławiająca wiarę Jezusa Chrystusa, samochwalcza, bałwochwalcza, okrutna, rozwiązła, przywołująca demony, apostatka, schizmatyczka i heretyczka”.

Istotnie, trudno chyba było w jednym zdaniu pomieścić więcej epitetów. Tak nawiasem, umieszczanie tablic z napisami w miejscach kaźni rozmaitych heretyków było zwyczajem, który trwał całe stulecia – por: Mt 27;37 , Mk 15;26, Lk 23;38 i Jn 19;19).

Joanna przywoływać teraz zaczęła owych świętych, którzy byli dla niej inspiracją, szczególnie św. Michała Archanioła.

Gdy jeszcze jej ręce nie były skrępowane, poprosiła o krzyż i jeden z angielskich żołnierzy naprędce wykonał dla niej krzyżyk z dwóch patyków. By go nie zgubić, włożyła go za pas, pod swoją czarną szatę. Chciała jednak, by przyniesiono jej krucyfiks i trzymano go tak, by mogła go widzieć. Massieu posłał więc Isambarda de la Pierre po taki krucyfiks do pobliskiego kościoła Saint Sauveur, sam zaś wspiął się na rusztowanie ze słowami pociechy dla skazanej.

Żołnierze zaczęli w międzyczasie okazywać zniecierpliwienie przedłużającą się procedurą. „Cóż to, księże,” - zawołał jeden z nich - „chcesz nas tu trzymać do obiadu?”

JdA na stosieKrótko przed dwunastą w południe zapłonął więc jeden z najsłynniejszych stosów w historii. Poczucie wazności własnej misji zdawało się nie opuszczać Joanny nawet wówczas: gdy płomienie wznosiły się coraz wyżej, jeden ze świadków usłyszał jej wołanie „Ach, Rouen! boję się wielce, że cierpieć będziesz za moja śmierć!” („Ah, Rouen! j’ay grant paour que tu ayes à souffrir de ma mort'”). Ostatnim jej słowem słyszanym przez świadkow, było głośno powtarzane „Jhesus! Jhesus!”

Zmarła od wysokiej temperatury na szczycie rusztowania zanim jeszcze dosięgły jej płomienie. Dopiero po pewnej chwili od ognia zajęło się jej odzienie. Gdy spłoneło, katom nakazano przygaszenie ognia tak, by pokazać tłumowi jej nagie ciało i  zademonstrować (oraz sprawdzić), że rzeczywiście nie żyje (por. Jn 19;34). Krążyły bowiem pogłoski, że może ona nawet w ostatniej chwili uciec (była wszak „czarownicą”…). Dopiero po chwili rozpalono ogień na nowo.

Spór o Joannę

To, że nie chciała umierać, potwierdza jedynie jej wolę życia, brak u niej jakichkolwiek skłonności do męczeństwa, samobojstwa czy masochizmu, co w gruncie rzeczy czyni jej śmierć prawdziwa „pasją”, śmiercią osoby o jak najbardziej zdrowych ludzkich reakcjach i zdrowym umyśle. Była osobą, której męczeństwo narzucono, a nie osobą, ktora w chorym widzie chciałaby być męczona. Zgadzam się tu całkowicie z angielskim autorem Edwardem Lucie-Smithem, który stwierdził, że „Joanna nie miała w sobie nic z owego masochizmu, ktory często znamionował temperament męczenników” („Joan of Arc”, 1976). To wyraźna zaleta, nie ujma. Jest to w jaskrawej opozycji do męczeństwa niektórych wczesnych chrześcijan, ktorzy wręcz łakneli śmierci za swe przekonania, bo uważali ją za swój święty obowiązek, jak św. Ignacy z Antiochii, który w drodze na spodziewaną egzekucję w Rzymie (ok. 110 r.n.e.) pisał w swym liście do Rzymian, by za żadna cenę nie próbowali go ratować, bo on chce stać się „ciałem Chrystusa” mielonym zębami lwów, lub też jak pewna grupa chrześcijan z rzymskiej prowincji „Azja” (dzisiejsza Turcja), którzy stawili się u tamtejszego prokuratora żądając, by ich kazał uśmiercić za wiarę. Mądry Rzymianin mógł jedynie odpowiedzieć im, ze tego nie zamierza uczynić, jeśli jednak chcą umrzeć, to proszę bardzo, istnieją skały, klify i powrozy, niechaj sami się obsłużą. Brak wiadomosci, czy istotnie to zrobili, wypada zatem mieć nadzieję, że lekka kpina rzymska znalazła drogę do ich umysłów i skutecznie przywołała ich do porządku.

Opór Joanny przed śmiercią połączony z jej niewatpliwą i niepodważaną przez nikogo odwagą nadaje jej „pasji” dodatkowego wyrazu autentyzmu, bez konieczności tworzenia sztucznych mitologii i legend, tak bujnie kwitnących tam, gdzie brak szczegołowych zapisów potwierdzających bieg wypadków. Tak, to prawda, o Joannie też mitologizowano na potęgę, ale przynajmniej w jej wypadku stosunkowo łatwo oddzielić prawdę od fikcji.

Choć jednak Joanna nie pragnęła męczeństwa, nie zmienia to faktu, ze męczennicą się istotnie stała. I to jak najbardziej męczennicą za wiarę. Nie męczennicą za tę oficjalną wiarę Kościoła, za takową Kosciół nie mógł jej uznać, bowiem ani francuscy duchowni, którzy ją skazali ani ich angielscy mocodawcy nie byli wrogami Kościoła Katolickiego i nie zajmowali się jego prześladowaniem. Stąd tez oficjalnie Joanna została kanonizowana (aż 489 lat później!) nie jako „święta męczennica„, lecz jako „święta dziewica„. Jednak bez swej śmierci oraz jej okoliczności wątpliwe jest, czy kiedykolwiek zdecydowanoby się ją w ogóle kanonizować.  Tymczasem pomimo ewidentnych podtekstów politycznych procesu oraz pomimo angielskiej zapowiedzi, że jeśli inkwizycja jej nie skaże, to oni, Anglicy, sami wytoczą jej proces, pozostaje poza wszelkimi watpliwościami, że przyczyną jej egzekucji była jej wiara, lub też – by wyrazić to jaśniej – rodzaj tej wiary.  Z całą pewnością nie została stracona, bo była kobietą. Nawet nie za to, że prowadziła wojsko, w końcu wielu to czyniło. Nie zemszczono się na niej jako na osobie ze stanu włościańskiego. W końcu wielu zbrojnych – i to wysokich rangą – miało podobne ‚korzenie’, lecz zostali szlachcicami. Przypomnijmy raz jeszcze to, co wspomnieliśmy powyżej: w chwili swego procesu Joanna już od półtora roku oficjalnie nie zaliczała się do stanu włościańskiego. Nie zabito Joanny dlatego, że wygrywała bitwy. W końcu zdarzało się jej również przegrywać, jak podczas próby zdobycia Paryża czy pod La Charite. Wielu też dowódców – i to również znakomitych – dostawało się do niewoli i nie kończyło na stosach. Ale patrzmy na nią: ona ścięła włosy jak mężczyzna, ubierała się po męsku, chodząc w ubiorach pokazujących kształt jej nóg i na dodatek śmiała „bezczelnie” twierdzić, że na wojnę posłał ją Pan Bóg osobiście, posługując się jako swymi kurierami dwiema świętymi i jednym archaniołem! Jak gdyby jeszcze tego nie było dość, potrafiła wygrywać! Mało tego: doprowadziła do koronacji swego króla i spowodowała, że stronnictwo tego króla ożywiło się w wojnie i przejęło inicjatywę! Tego już było zdecydowanie za wiele dla zwolenników ‚ideologicznego’ status quo !

Joan and Winchester_editedTaka osoba mogła – biorąc pod uwagę mentalność średniowieczną – być tylko inspirowana. Inspirowana albo przez Boga, albo przez diabła. Zakładając nawet, że Anglicy chcieli się jej pozbyć za wszelką cenę – nie musieli tego czynić za pomocą ‚kanału’ inkwizycji. Zabójstwa wybitnych jednostek przecież się zdarzały i bez takich ceregieli i to również w Anglii: sam ówczesny król Anglii, Henryk VI, zakończył później życie jako ofiara mordu. Ale sposób, w jaki prezentowała się publicznie Joanna, czynił pokusę posłużenia się inkwizycją tym wiekszą, im bardziej różniła się od ustalonego wzorca ‚normy’ i im bardziej przypisywano jej świętość już za życia oraz tym bardziej im bardziej takiego procesu domagali się eklezjaści (pamiętajmy: to duchowni oraz teologowie jako pierwsi wystąpili z inicjatywą procesu Joanny d’Arc, nie świeccy politycy!). Niechaj nie myli nas fakt, że sędziowie Joanny opłaceni zostali z kiesy króla angielskiego. Jesli się uważnie przeczyta zapis wypowiedzi Joanny w procesie, nasunie się wniosek, że nawet gdyby był to proces uczciwszy niż był w rzeczywistości, to i tak mogłaby ona zostać skazana przez swych sędziów, choć może niekoniecznie na karę śmierci.

Teresa z Lisieux jako JdANiejednokrotnie spotkać się można z opinia, że Joanna d’Arc była „pierwszą protestantką”. W taki sposób przyznawano jej „pierwszeństwo” zresztą w szeregu kwestii, np. nazywając ja „pierwszą nacjonalistka” (co w takim razie należałoby powiedzieć np. starożytnych Rzymianach, Grekach czy Żydach?), „pierwszą feministką” (to co by powiedziec o Kleopatrze?) i tak dalej. Co zaś do „protestantyzmu”, to ktoś kiedyś wyrazić się miał w USA, że była ona „baptystką” (ktoś inny to wyśmiał, sugerując sarkastycznie, że była zapewne Południową Baptystką). Oczywiście piszący odnotowuje wszelkie powyższe sugestie z niekłamaną satysfakcją, jako że są one wyrazem oczywistej fascynacji tą francuską świętą i bohaterką. Dziś wielu zgłasza ‚pretensje’ do niej, uważając ja za swoją: kościoły (na zdjęciu: św. Teresa z Lisieux przebrana za Joannę d’Arc) , grupy społeczne i polityczne (we Francji od prawicy – jak Front Narodowy, mający ją za swój symbol – do lewicy, włącznie z partią komunistyczną), feministki itd. Nie zawsze jednak tak było. Kościół Katolicki, do którego należała (innego wówczas zreszta nie było), „czekał” z jej kanonizacją prawie pięć wieków (choć bardziej wątpliwych „bohaterów” – jak np. Domingo Guzmana, zwanego „swiętym Dominikiem” – potrafił zaliczyć w poczet świętych w sposób nazywany przez Niemców „Blitzschnell„), protestanci nie zawsze uważali ją za „pierwszą protestantkę”, a ludzie Oświecenia niejednokrotnie kpili z jej prostej wiary i mistycyzmu, np. Voltaire nie zostawiał na niej przysłowiowej „suchej nitki”.

Jeśli Joanna d’Arc miałaby zostać uznana za protestantkę, to nie w sensie posiadania pogladów odpowiadajacych doktrynie jakiejkolwiek konkretnej denominacji. Chodziło tu o to, że postawiła własne doświadczenie religijne wyżej niz autorytet Kościoła, łącznie z papieskim. Uważna lektura protokołów zarowno procesu skazujacego jak i późniejszego o 25 lat procesu rehabilitacyjnego pokazuje niedwuznacznie, że chociaż nie ma najmniejszych watpliwości co do jej ewidentnie katolickich wierzeń, nie mieściła się ona całkowicie w ramach ustalonego modelu prawowierności.  Skazano ją w końcu nie na podstawie zeznań jakichkolwiek świadków, lecz na podstawie tego co i jak sam mówiła.

Jesli świadectwem „protestantyzmu” Joanny miała być jej ‚niezależność’ od autorytetu Kościoła Katolickiego, to równie dobrze możnaby ją np. zaliczyć do katarów lub gnostyków. Tymczasem nie w tym rzecz. Zasmucające jest natomiast, że ze strony katolickich apologetów stwierdzenia o „protestantyzmie” tej świętej doczekało się (zbyt często) równie ‚rzetelnych’ komentarzy o jej całkowitej ‚prawowierności’ i bezwarunkowym podporządkowaniu się autorytetowi Kościoła. Przykładem niechaj będzie bardzo emocjonalny artykuł Virginii Frohlick p.t. „Saint Joan of Arc – The First Protestant?” (http://www.stjoan-center.com/topics/Wycliff.html ). Pomińmy tu już ewidentny błąd autorki, spłycający protestantyzm niemal wyłącznie do kwestii buntu wobec hierarchii katolickiej. Autorka stwierdza np., ze Joanna „w pełni zdawała sobie sprawę, że duchowni zebrani w celu sądzenia jej nie reprezentowali Kościoła Rzymsko-Katolickiego, lecz de facto służyli interesom króla Anglii. Wiedziała, że nie będzie mieć uczciwego procesu z ich strony, toteż odmówiła podporządkowania się ich autorytetowi”.

W powyższym prawdą jest jedynie, że oskarżona wiedziała, że sędziowie służą Anglikom i że niczego dobrego nie może się po nich spodziewać. Co do reprezentatywności owych sędziów jako przedstawicieli Kościoła, sprawa jest już mniej jasna. To bowiem, że duchowni służyli krolowi Anglii, nie czynilo ich niegodnymi reprezentowania Kościoła. Tacy duchowni jak arcybiskup Regnault de Chartres, który koronował Karola VII (tak nawiasem: ten arcybiskup również zwrócił się przeciwko niej) (3) czy też duchowni, którzy „badali” Joannę w Poitiers służyli interesom krola Francji i z tego powodu nikt nie podważa ich świadectwa jako niereprezentatywnego dla Kościoła, choć było ono sprzeczne z orzeczeniami duchownych francuskich z „obozu” angielskiego.

„Re ligare” to tyle, co „ponownie połączyć”, w tym wypadku ludzi ze światem ducha (stąd: „religia”). Jakby nie interpretować Joanny d’Arc, jedno jest pewne: że w jej wypadku owo „ponowne połączenie” istotnie nastąpiło. Joanna wierzyła – w SIEBIE, poza tym, że wierzyła jeszcze w coś innego; lub też jaśniej: uwierzyła w siebie za pomocą wierzenia w coś innego. Czy to świadomie, czy podświadomie, czy też zupełnie przypadkowo, była w stanie wykorzystać swoj potencjał intelektualny i zainspirować jeszcze wielu innych ludzi. Nie wiemy dokładnie jak takie wewnętrzne inspiracje nastepują w człowieku, są to dla nas tajemnice („sacramenta”; „mysteria”). Można przystępować do tego, co oficjalnie nazywamy sakramentami nie wiadomo ile razy, ale najważniejszy jest ich rezultat. Jesli jest on pozytywny, to znaczy jeżeli istotnie „rodzimy się ponownie”, to w ten sposób na nowo ustanawiamy sakrament. Ustanawiamy go nawet wtedy, jeśli do żadnego formalnego sakramentu nie przystępujemy.

Sama Joanna, która przyjmowała Komunie Święta wyjątkowo regularnie, uwierzyła w siebie przeciez nie dlatego, że do tego sakramentu przystępowała. To jej własne doświadczenie (jakiegokolwiek rodzaju by ono nie było, a niektórzy autorzy mają interesujące poglądy na jego temat) spowodowało owo „narodzenie się” tej Joanny d’Arc, którą zna, którą interpretuje i o którą spiera się historia (w samej tylko Francji przed rokiem jej kanonizacji ukazało się co najmniej 12 tysięcy publikacji na jej temat). A ponieważ zapisała się w tej historii na trwałe, a egzekucja jeszcze jej w tym dopomogła, tak więc w tym sensie ona również „zwyciężyła śmierć”.

Post Scriptum

cauchon-vignPierre Cauchon, biskup Beauvais, były rektor Uniwersytetu Paryskiego, przewodniczący trybunału w Rouen. W czasie, gdy trwał proces, liczył sobie około 60 lat. Miał nadzieję zostać arcybiskupem Rouen i uzyskał nawet poparcie angielskiego regenta, księcia Bedforda, jednakze kler w Rouen był temu przeciwny, skutkiem czego Cauchon zadowolić się musiał biskupstwem Lisieux. Był jednakże postacią szanowaną przez Anglikow, w których imieniu podejmowal rozmaite specjalne misje. Był tez Wielkim Strażnikiem Pieczęci pod nieobecność kanclerza. Zmarł nagle na atak serca 18 grudnia 1442 roku podczas golenia, w wieku 71 lat.
Gdy w latach rehabilitacji Joanny przybrała na sile fala nienawiści wobec jego osoby, jego zwłoki zostały wywleczone z sarkofagu przez rozwścieczony tłum, porzucone w rynsztoku i profanowane załatwianiem na nie potrzeb naturalnnych… Nie kończyły się żarty na temat nazwiska „Cauchon”, które wymawia się podobnie do słowa „cochon” oznaczającego we francuskim tyle, co „świnia”.

regnault_chartresRegnault de Chartres, arcybiskup Reims, prymas Francji (1380 – 1444), zrobił szybką karierę zarówno w kościele jak i w dyplomacji. Został arcybiskupem Reims w wieku 34 lat (1414), dziesięć lat później Karol VII mianował go kanclerzem Francji. Był głównym architektem dyplomacji Karola VII, dla którego usiłował podminować (początkowo nieskutecznie) sojusz angielsko-burgundzki. Zawsze preferował dyplomacje wobec działan zbrojnych. Początkowo poparł Joanne d’Arc i brał udział w jej eklezjalnym egzaminowaniu w Poitiers. Później jednak zwrócił się przeciwko niej, widząc w niej zagrożenie dla swych wysiłków dyplomatycznych pojednania Karola z księciem Burgundii Filipem Dobrym i to mimo faktu, że jego polityka zbliżenia z Burgundią zaczęła przynosić owoce dopiero po wzmocnieniu Karola jego zwycięstwami inspirowanymi przez Joannę.  Jest najbardziej podejrzanym o celowe zagubienie lub zniszczenie zapisu badania Joanny w Poitiers, zapisu, do którego później Joanna często odwoływała się podczas swego procesu w Rouen. Dla polepszenia stosunkow z Burgundią sabotował wysiłki wojenne Joanny d’Arc, a nawet próbował przekonać władze miasta Compiegne do podporządkowania się księciu Burgundii, usiłując doprowadzić do „wynajęcia” tego miasta Filipowi Dobremu, na co jednak samo Compiegne nigdy nie wyraziło zgody. Po pojmaniu Joanny przez Burgundczyków pod murami Compiegne (23 maja 1430) nie uczynił absolutnie niczego, by niewygodną sobie Joanne uwolnić z rąk burgundzkich, a potem angielskich, nie próbował nawet – choć mógł, jako prymas – kompletnie zdezawuować podległego sobie biskupa Beauvais jako sędziego w procesie inkwizycyjnym. Jego największym sukcesem dyplomatycznym byl układ w Arras między Karolem a księciem Burgundii (1435), kończący erę sojuszu anglo-burgundzkiego.

Karol VIIKarol VII de Valois, król Francji (1403 – 1461) koronowany w Reims 17 lipca 1429, z udziałem Joanny d’Arc). Jeden z najbardziej zaskakujących monarchów francuskich. Wątłego zdrowia i słaby fizycznie (4) , trapiony był trwogą o własne zdrowie i życie (był 11 dzieckiem swych rodziców, kilkoro sposród nich zmarło bardzo wczesnie), cierpiał na fobie związane z konstrukcjami drewnianymi odkąd drewniana podłoga kiedys się pod nim zapadła. Obawiał się osób sobie nieznanych, współczesni jemu notują, że gdy spożywac miał posiłek w towarzystwie obcej osoby, potrafił bez przerwy się w nią wpatrywac, zapominając o jedzeniu. Nie był nawet pewien tego, czy był synem swego ojca. A jednak ten król, z wrodzoną sobie inteligencją potrafił reformować stopniowo swoje panstwo. Przeprowadził m.in. reformę wojskową poczynając od 1439 roku, zapoczątkowując w ten sposób istnienie we Francji stałej armii. W 1454 roku ponownie ustanowił trzy izby parlamentu. Wcześniej, w 1438 roku uregulował stosunki między kosciołem francuskim a papiestwem, redukując wpływ tego ostatniego m.in. poprzez zagwarantowanie sobie, a nie papieżowi, prawa mianowania biskupów oraz przełożonych zakonnych. Ostatecznie zjednoczył Francję pod swoimi rzadąmi w roku 1453, po zwycięstwie pod Castillon. A i wtedy poza jego władzą bylo m.in. Bordeaux, ktore preferowalo rządy angielskie, gdyż z Anglią związane było przez trzy stulecia. Zdobyte zostało dopiero po długim oblężeniu i pozostało ponure przez całą następną generację.

Henry6Henryk VI of Lancaster, król Anglii (1421 – 1471) jedyny syn legendarnego Henryka V, znakomitego stratega i wojskowego, który rozgromił siły francuskie, znacznie większe od własnych w bitwie pod Agincourt (Azincourt) w październiku 1415 roku; w czasie, gdy miał miejsce proces Joanny, Henryk VI liczył sobie zaledwie 9 lat i był obecny w Rouen, a nawet zamieszkiwał w zamku, w którym była więziona. W jego imieniu władzę sprawował wtedy jego wuj, regent Bedford. Oficjalnie koronowany na krola Francji 16 grudnia 1431, nigdy nie powtórzyl sukcesów swego sławnego ojca. W roku 1435 utracił Burgundię jako sojusznika, a w nastepnych latach resztę Francji.  W 1453 roku poważnie zachorował: nie potrafił chodzić ani nawet stać, cierpiał także na utratę pamięci. W Anglii czynnie wystapił przeciw niemu Ryszard, książę Yorku, gromiąc siły krolewskie w bitwie pod St. Albans 22 maja 1455 roku. Ostatecznie Henryk został obalony przez syna Ryszarda, Edwarda, który proklamował siebie królem Edwardem IV. Henryk ukrywał się przez pewien czas na północy Anglii, pózniej został schwytany i osadzony w Tower. 21 maja 1471 roku został zamordowany, najprawdopodobniej przez Ryszarda, księcia Gloucester, przyszłego króla Ryszarda III.

Pierre i Jean d’Arc, bracia Joanny Obydwaj podążyli za swą siostrą, by służyc orężnie królowi. Pierre został nawet pojmany do niewoli wraz z nią, później jednak odzyskał wolność, którą musiał sobie wykupić, niemal doszczętnie się przy tym rujnując. Obydwaj zostali podniesieni do stanu szlacheckiego przez króla w grudniu 1429 roku i od tej pory posługiwali się herbem nadanym rodzinie oraz nazwiskiem „du Lys”. Jean później brał udział w przygotowywaniu procesu rehabilitacyjnego jego siostry, m.in. sformował komisję mającą na celu zebranie ewidencji dotyczącej Joanny z ich rodzinnych stron oraz przygotowanie świadków. Obydwaj bracia zostali szczodrze obdarzeni, nie tylko przez króla zresztą. Wiadomo np. że Jean wręcz domagał się subsydiów od króla i od miasta Orleanu. Obydwaj bracia – co zaskakujące – „rozpoznali” ‚cudownie ocalałą’ Joannę w pewnej oszustce znanej jako „Madame des Armoises”, imieniem Claude.

Przypisy

1.  Później nawet William Caxton, autor, tłumacz i pierwszy drukarz angielski (14211491) nie negował faktu dziewictwa Joanny d’Arc, owej „dziewicy, co jeździła konno jak mężczyzna i była dzielnym kapitanem” („this mayde who rode lyke a man and was a vaulyant captayn”). Co najwyżej utrzymywał, że twierdziła ona, że jest w ciąży, lecz później się okazało, ze jednak nie i została spalona w Rouen („and then she sayd that she was with chylde, wher by she was respited a whyle; but in conclusyon it was founde that she was not with chylde, and then she was brent in Roen”) – cyt. Przez Victorie Sackville-West.

2.  Podporządkowala się wtedy rowniez Kosciołowi we wszystkim, czego od niej zaządano. Działała ewidentnie powodowana strachem, jako że grożono jej egzekucja („…’Uczyń to teraz, albo spłoniesz jeszcze dzisiaj’. Joanna wtedy powiedziała, że raczej podpisze niż się da spalić”).  „Niechaj zapis wszystkiego, co powiedziałam i uczyniłam, zostanie przesłany do Rzymu, do Papieża. Podporządkowuję się jemu i w pierwszym rzędzie Bogu.” I jeszcze raz: „Odwołuję się do Boga i naszego Ojca Świętego, Papieża”. Nie ma jedynie pewności co do tego, czy dokument, który podpisała, jest tym, który dołączony został do oficjalnych dokumentów procesu. To jedyna kontrowersja w owej sprawie.

Jednak już parę dni pózniej, 28 maja, znaleziono ją w jej celi ubraną jak poprzednio – po męsku. Odwołała też swe wyrzeczenie z 24 maja, mówiąc, że jej ‚głosy’ miały jej za złe „…tę zdradę, na którą się zgodziłam, aby się wyprzeć i wyrzec dla ratowania życia! Potępiłam siebie, by ratować życie! ” (…) „Gdy byłam na szafocie w czwartek, moje Głosy mówiły mi, gdy kaznodzieja przemawiał: ‚Odpowiadaj mu śmiało, temu kaznodziei!’ I zaprawdę to fałszywy kaznodzieja” (…) „…moje Głosy mówiły mi od czwartku: ‚Wyrządziłaś wielkie zło deklarując, że to, co uczyniłaś, bylo niesłuszne’. Wszystko co powiedziałam i odwołałam, powiedziałam ze strachu przed ogniem”. Tym razem notariusz na marginesie zanotował: „responsio mortifera”

3. Po tym, gdy dotarła do niego wiadomość o uwięzieniu Joanny, skwitował to zimno w swoim liście do mieszkańców Reims: „nie chciała sluchać rady, lecz czynić wszystko według własnego życzenia” (…) „Stała się pełna pychy z powodu bogatych strójow, które zaczęła nosić. Nie czyniła tego, co nakazał Bóg, lecz własną wolę”. Znalazł im nowego ‚codotwórce’, pewnego młodego pasterza, który „mówił nie mniej i nie więcej niż Dziewica Joanna; i który ma nakaz od Boga towarzyszyć wojskom króla”.  Jak widać, wiara w inspirację boską Joanny była u tego arcybiskupa dość ograniczona. A ów pasterz, imieniem Guillaume, dostał się w ręce wroga (lorda Warwicka) już w pierwszej bitwie (między Beauvais i Savignies w Szampanii), wojsko francuskie poszło w rozsypkę. Nieszczęsny Guillaume pół roku później został przez Anglików zaszyty żywcem w worku skórzanym i wrzucony do Sekwany.

4.  „wątłego zdrowia i słaby fizycznie” – do tego stopnia, że nawet na jego temat żartowano. Półtora wieku po wydarzeniach tu omawianych, William Shakespeare umieścił w częsci pierwszej swego dramatu „Henryk VI” scenę, w której Karol VII i Joanna d’Arc postanowili zmierzyć się ze sobą w walce, przy czym Karol przegrał.

Michał Monikowski
Perth, Australia








Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.